wtorek, 23 października 2012

Rozdział XV Na plaży

 Na małej mieliźnie otulona w białe muśliny stała Marynia. Wspaniałe, rozpuszczone włosy złoto popielate lśniły w blaskach słońca zapadającego nad morską tonią. Pozowała do obrazu. Turwidas stał przy rozstawionych sztalugach i malował w skupieniu. Nie był już tym dziwacznym abnegatem. Miał nową jasną koszulę jedwabną z kołnierzem Słowackiego, spodnie perłowe (blado-szare), jedwabne skarpetki w kratki i płócienne trzewiki białe. Szeroki pas brązowy uwydatniał wysoką, zgrabną i muskularną kibić młodzieńczą.


Bałtyk, lipiec 2015


 Cisza była dokoła. Pogodne lazury nieba przeglądały się w lustrzanej powierzchni morza. Fale srebrzysto-kryształowe z cichym kolebały się szmerem pod pieszczotą wiaterku. W dali bielały żagle rybackich łodzi.     Na widnokręgu ukazał się okręt i mknął szybko pod kłębami dymu. Jakaś łódź zbliżała się do brzegu, ciemniały w niej sylwetki i niósł się chóralny śpiew.
 Turwidas upojony pięknem przyrody i zachwycony cudnym modelem był jak w ekstazie. Śliczne oczy jego promieniały jak gwiazdy, twarz kwitła rumieńcami, włosy burzyły się nad czołem jeszcze więcej niż zwykle i w licznych, bezładnych puklach spadały na skronie, boki twarzy i obnażoną szyję, mieniąc się w słońcu brązem i miedzią. Był podobny teraz do zjawiska z bajki. Pracował bez odpoczynku.
- Panie Franciszku, już dosyć na dzisiaj...Ja się zmęczyłam.
- Panno Mario, jeszcze jedna chwileczka i szkic będzie gotów, a od jutra przystąpimy do robienia oryginału.
Odgarną wichr grzywy z czoła, otarł chhusteczką krople potu i malował dalej.
 Tymczasem łódź z rozśpiewanym towarzystwem zbliżała się coraz więcej. Teraz wyraźnie było widać trzech wojskowych i cztery jaskrawo ubrane panie.
 Marynia przypatrywała się chwilę uważnie, przysłaniając oczy dłonią od słońca. Nagle przybladła...Poprawiła szybko swoje muśliny i obróciła się w drugą stronę. Malarz obejrzał się też na łódkę, śpiewające towarzystwo oderwało na chwilę jego myśl od obrazu.
- Oho! Mój kuzynek ze swymi kolegami ostro asystują Amerykankom-lądu już im za mało.
Szkic już był na wykończeniu. Łódka zatrzymała się koło mielizny, gdzie do obrazu pozowała Marynia. Dwóch tęgich rybaków zaniosło damy do brzegu, a oficerowie przebrnęli w swoich długich kawaleryjskich butach. Amerykanki przyglądały się ciekawie  malarzowi i pozującej mu do obrazu dziewczynie.
- Czy poznajecie koledzy? - Zawołał Dżuigiras. - To jedna z tych ładnych panienek, które widzieliśmy w kawiarni "Sypsena" kilka dni temu. Prostka patrzył z zachwytem na Marynię, przypominającą jakąś wizję obłoczną.
- Szelma Pranas ma gust! - Szepnął kręcąc wąsika dłużej niż zwykle.
Gajżułłd obserwował ją spod chmurnie ściągniętych brwi i milczał ćmiąc papierosa. Szczupła, wysoka Argentynka o rudo-złotawych włosach i w złotym pince-nez wykrzywiła się złośliwie i przysunęła do oczu binokle, nastawując impertynencko w stronę Maryni.
- Tak, niebrzydko - Rzekła. - Temu pięknemu malarzowi jest widocznie modelem do obrazów i... pokarmem dla serca.
- A ten malarz - co za śliczny chłopiec!! Jakieś bajeczne oczy! Co za włosy! A cera jak rozkwiłty pąk róży! I taki młodziutki, świeży!...Zachwycały się jej towarzyszki.
Gajżułłd zwrócił się do tej pierwszej. Rumieniec gniewu miał na twarzy, oczy ciskały gromy.
- Panno Akwelino! - Rzekł. - Mniej złośliwości wobec młodych panien! Bo taka złośliwość zdradza staropanieństwo.
 Akwelina popatrzyła na niego jadowicie i myślała nad odpowiedzią, zanim ją znalazła, Gajżułłda już przy niej nie było. Podszedł do Turwida i stanął obok. Przyglądał się chwilę szkicowi, gdzie postać Maryni widział jak żywą. Przedstawiała geniusz w postaci białoskrzydłego anioła w tęczowej szacie. Stała na samotnej skale osnutej obłokami, w blaskach zachodniej zorzy. Trzymała wieniec laurowy i wzywała młodzieńca płynącego do niej po wzburzonym morzu. Młodzian ten miał śliczne i uduchowione rysy Turwida. Oczy tęskno wzniesione ku skrzydlatemu geniuszowi. Pchnął wątłą łódź swoją po groźnych falach, omdlałym ramieniem dźwigając wiosła toczył rozpaczliwą walkę z morskimi bałwanami. Nadzieja mocna dobicia do szczytu geniusza dodaje mu odwagi, męstwa i siły.
- Ma jednakże niemały talent - Pomyślał Włodzimierz ulegając mimowoli zachwytowi nad pięknością tego utworu malarskiego. - Jeżeli pójdzie tą drogą wytrwale, może być sławnym i to w niedalekiej przyszłości.
Od obrazu pobiegł wzrokiem do Maryni, która stała teraz z gorączkowemi wypiekami i spuszczonemi oczyma.
 Zazdrość bolesna, wściekła szarpnęła jego istotę. Ledwo się pohamował od nieprzepartej chęci rozbicia tego wspaniałego dzieła sztuki.

- A Pan czego tu przyszłeś? - Zapytał artysta opryskliwie. - Przeszkadzasz mnie w robocie.
Silna dłoń oficera oplotła kiść ręki malarza jak żelazną okową.
- Chodź... Mam kilka słów.
Pranas drgnął pod dźwiękiem tego przyciszonego głosu. Szedł posłusznie. Stanęli w wydmie za wysokim pagórkiem.
- Panie Pranas, słuchaj co ci powiem: ty się kochasz w pannie Stargwiłłównie. Ale pamiętaj - biada wam obojgu jeżeli jej serce zdobędziesz!!...
Puścił dłoń Turwida i odszedł prędko jak złowieszcze widziadło.
Pranas stał chwilę nieruchomo. Potem zacisnął pięść i pogroził w stronę gdzie zniknął huzar.
- Judasz!...Gad!...Diabeł!...
 Pławi się w rozpuście i plugawą ręką swoją śmie targać cudną idyllę naszą. Myśli, że ja się zlęknę bezczelnych jego pogróżek! Nie! Nigdy!! Nie ustąpię mu szczęścia mego. Niech Ona sama wybiera z nas dwóch.
 Poszedł do swoich sztalug. Maryni już nie znalazł. Domyślił się, że poszła do wydm, gdzie zostawiła swoje ubranie. Lecz zauważył, że nie było też Gajżułłda i serce jego załopotało bolesnym niepokojem. Drżącą rękę poprawiał pędzlem obraz, a wzrok jego biegał niespokojnie dokoła.
 Nieopodal niego rozsiadło się towarzystwo Amerykanek- wesołe, hałaśliwe.
 Gdy Turwidas z Gajżułłdem odeszli, Marynia opuściła mieliznę na której pozowała i wolno podążała do wydm gdzie zostawiła ubranie. Gajżułłd tymczasem wyszedł zza pagórka, gdzie groził malarzowi i zobaczył ją. Nie namyślając się zawrócił raptem ku niej i zbliżał się szybko. Ona to widząc przyspieszyła kroku z bijącym gwałtownie sercem.
 Już znalazła się w swojej wydmie za wysokim pagórkiem porosłym trzciną morską. Pochyliła się nad ubraniem otrzepując je z piasku. Wtem stanął przed nią Gajżułłd. Zobaczył rozrzucone na piasku ubranie i domyślił się, że tylko trykot i białe muśliny otulają jej ciało. Świadomość, że ukochana dziewczyna, którą dotychczas wyróżniał ze wszystkich kobiet i czcił jak świętość - w takim skandalicznym stroju pozowała pięknemu artyście w dalekim i odludnym miejscu - wywołała w nim wściekłość, żal, ból i zazdrość. Słowa Amerykanki: "modelem do obrazu i pokarmem dla serca" ponurym w jego duszy zadzwoniły echem.

 Gęste, sinawe brwi załamały się ściągając w groźną bruzdę, a ciemne zielono-stalowe źrenice zrobiły się czarne ja noc i zamigotały czerwonymi płomykami jak łuna na schyłkowym niebie jesiennym. W wyrazie jego twarzy było w tej chwili tak coś złowrogiego, że Marynia zadrżała z przerażenia całym ciałem i stała blada jak opłatek, przyciskając szczelnie do siebie muśliny rozwiane trochę przed chwilą.
- Czy jesteś naga pod temi muślinami? - Zapytał syczącym głosem.
Fala krwi zalała twarz jej i szyję. Drgały usta i nozdrza.
- Bezczelny!! Precz mi z oczu!...
- Tyś bezczelna!...
 I silnym szarpnięciem dłonią zerwał muśliny i trykot, obnażając jej ciało. Marynia krzyknęła, okrywając się płaszczem włosów, zasłaniającym ją do kolan i z płomieniem w oczach wymierzyła mu silny policzek.
 Twarz oficera zrobiła się szara. Rozchyliły się szkarłatne wargi i błysnęły straszliwie olśniewająco białe, drapieżne zęby. Porwał obie jej ręce, skrzyżował na plecach i rzucił ją na ziemię, przyklękając nad nią. Gniótł ją i ściskał konwulsyjnie. Po twarzy jego przebiegały drgawki, a z piersi świszczący wychodził oddech. Ona skamieniała, niema patrzyła nieruchomo zastygłemi źrenicami w jego rozszalałe oczy.
- Włodzimierzu - Wydarł się wreszcie ze zbielałych warg szept głuchy. - Zabij mię...jeśli chcesz...zbeszcześcić...
- Ty kochasz...Turwida?!
- Nie!...Nie...
- Ale...romansujesz?!
- Nie!...
- Możesz przysiąc, że nic...między wami??
- Przysięgam na... duszę mojej matki!!..
 Teraz drgnęły skrucha i wstyd w tej dzikiej duszy. Pierzchły wściekłość i zazdrość. Jeszcze pochłaniał ją wzrokiem. Miał w swoich ramionach tę najdroższą: nagą, cudną, bezbronną. Miał przy swoim łonie tę - niezapomnianą, upragnioną... Szalona żądza przyciskać spalone usta do niej - całować i tulić bez końca, piekła go ogniem. Całą siłą woli opanowywał ten szał uczuć i zmysłów.
 Zrobiło mu się nagle słabo. Oczy zaszły mgłą. Jakiś go tuman otoczył różowy i nic przez moment nie widział prócz tych śnieżno-białych kształtów drżących w jego ramionach. Serce zdawało się wyskakiwać mu z piersi od nadmiernego bicia. Żarem gorzały wszystkie jego zmysły i dreszcz trząsł febryczny.
 Znów szept cichy:
- Miry!... Błagam!...Puść mię!...
 Łzy wielkie i czyste jak perły zasłoniły chabrowe oczęta i zaczęły spływać jedne za drugą po zbladłych jak kreda policzkach. Ocknął się...Czuł upokorzenie...Wstyd aż do bólu...Wstręt do siebie.
- Marynieczko- Wyszeptał. - Przebacz. Miłość chwilami doprowadza mię do obłędu.
 Ucałował obie jej ręce i stopy. Zerwał się i zniknął za pagórkiem wydmy. Wracał do swego towarzystwa. Szedł jak pijany, blady, drżący febrycznie. Znalazł wszystkich stojących przed obrazem Turwida. Amerykanki zachwycały się przesadnie, nie szczędząc młodemu artyście komplimentów i czułych spojrzeń.
Gdy Gajżułłd zbliżył się do nich, Akwelina - której uwadze nie uszło widoczne jego poruszenie - zapytała ze złośliwym uśmiechem, skrywając tym swoje rozdrażnienie: co Pan rotmistrz tak długo porabiał w wydmach? Czy nie rywalizujesz Pan z malarzem? Widziałam jak zniknąłeś za jego modelem.
 On zmierzył ją szydersko.
- Innym razem, gdy za niezbędną potrzebą będę zmuszony oddalić się od towarzystwa, niech Pani mnie asystuje, żeby nie rozstrajać sobie nerwów podejrzeniami. Tylko podczas tej asystencji proszę zdjąć pince-nez, inaczej narazisz się Pani na nieestetyczny widok.
 Argentynka roześmiała się swobodnie, zadowolona że podejrzenie jej było mylne. Uderzyła do po karku, mówiąc z czułym wejrzeniem:
- Ah, tu velniukas! (Ach, ty diablę!)

 Druga Amerykanka biało-różowolica i miedzianowłosa, ze śmieszną szyją i powabnemi kształtami, nie spuszczała z niego dużych i łagodnych oczu jasnoniebieskich, uśmiechając się tkliwie koralowemi ustami. Potem podeszła do niego i biorąc pod ramię szepnęła:
- Chodźmy, mam sekret...
Odprowadziła do kilkanaście kroków od towarzystwa.
- Włodzimierzu - Szeptała. - Mano sirdis nezami (moje serce niespokojne)... Ja ciebie tak pokochałam!... Tyś pierwszy mężczyzna dla którego stałam się wiarołomną żoną... A tyś może inną kobietą zajęty? Może wtedy...skłamałeś?...
- Co ja skłamałem?
- Że mnie kochasz...
- Chacha! O miłości i mowy między nami nie było. Czemu mnie czynisz zarzuty kłamstwa?
Wpatrywał się w nią przymrużonemi drwiąco oczyma.
 Amerykanka przesunęła drżącą dłonią po swych bujnych, jedwabistych włosach. W oczach jej błyszczały łzy.
- Mówiłeś: "ja pragnę ciebie"...
 Zaśmiał się z cicha, cynicznie. Rad był, że jest istota którą podręczyć może dla ulgi własnej udręki.
- Pragnąć jeszcze nie jest kochaniem. Lubię ciebie, jesteś serdeczna i miła, a twoje powabne ciałko otulone w jaskrawe jedwabie, śliczne usta i ząbki i włosy drażnią moje zmysły. Ta noc nasza... dała mi rozkosz. I zanim jestem w Połądze mogę twemu sercu służyć dopóki chcesz...
- Ja pragnę żeby nasz stosunek łączyła przyjaźń i miłość. Ty przecież pierwszy mój kochanek. Byłam zawsze (tu głos jej stał się szeptem) tak wierną mojemu mężowi...
- Miła moja Melu, nie bądźże dziecinną! Przy twojej piękności i wdziękach jest fenomenem zdradzić męża dopiero po 10-ciu latach (jeżeli nie fantazjujesz?), bo trudno przypuszczać, żebyś w Czikago nie miała okazji.
- Takiego jak ty nie spotkałam. Kochałam mego męża, on był rozumny i dobry.
Spod jej spuszczonych, długich rzęs potoczyły się dwie łzy i niespodzianie zaczęła chlipać.
Gajżułłd ściągnął brwi, a twarz jego smagło-bladą okrasił rumieniec gniewu.
- Melu - Mówił przez zaciśnięte zęby, gniotąc jej rękę. - proszę cię, tylko bez łzawych scen! Bo uciekam w tej chwili i nie zobaczysz mię więcej. Ja szukam w kobiecie pociechy, zapomnienia, a ty chcesz mię poić nową goryczą...burzysz moje nerwy, które dosyć stargane przez głupie życie...
- Boli mię niewymownie, że byłam tobie tylko upojeniem zmysłów. Ja pragnę twego serca, przywiązania... Ja pragnę twej miłości!...
 Znowu ten cyniczny śmiech przytłumiony.
- Melu, przecież nie jesteś osiemnastoletnim dziewczęciem, żebyś bawiła się w sentymentalność. Podobamy się wzajemnie i możemy sobie dogadzać na ile czujemy potrzebę. Masz - jak powiadasz - dobrego męża, który za dwa miesiące przyjedzie z Ameryki z prezentem w ładnym kapitale. Masz dwie nadobne córeczki. Dla nich - dla rodziny swojej zachowaj miłość! Ja nie chcę kraść twego serca, które należy się twoim dzieciom i panu Daugnorze. Więc będziemy zakochaną pareczką sezonową zanim wyjadę do Kowna. Potem pozostaniemy tylko jako dobrzy znajomi i kwita!
Pani Melania z trudem powstrzymywała chlipanie. Łzy gwałtem cisnęły się jej do oczu. Co chwilę gorączkowo poprawiała włosy i ocierała nos chusteczką. Milczeli kilka minut oboje stojąc tuż przy morzu. On zapalił papierosa i patrzył posępnie przed siebie w dal seladynową. Wreszcie Daugnorowa spojrzała przez łzy na jego twarz. Delikatnie oparła dłoń na ramieniu jego.
- Ciebie coś gnębi - Rzekła tkliwie.
Usta jego drgnęły i zacisnęły się kurczowo, a oczy zwęziły się boleśnie. Milczał nie odrywając wzroku od morza.
- Naprawdę, co ci jest Włodeczku? Powiedz!
Milczał jeszcze chwilę. Potem wstrząsnął głową jak młody koń grzywą i zwrócił się do Meli. Pieścił ją teraz ognistemi swojemi oczyma. Wziął obie jej ręce.
- Czy mię żałujesz Melu, gdy jestem smutny?
Na biało-różowej jej twarzy rozlała się iście macierzyńska tkliwość.
- Bardzo żałuję! - Głos jej brzmiał tak poczciwie i szczerze.
Oparł jej ręce na swoich piersiach, przycisnął je jedną dłonią, a drugą głaskał powoli, delikatnie od kiści do ramienia.
- Ja przecież taki niedobry...bez serca...burzyciel pokoju...- mówił cicho.
- Kocham cię wszystko jedno, choćbyś nawet był złoczyńcą.
- Dobra i miła istota z ciebie, Melu. Chyba i ja nie zapomnę cię długo.
Podniósł do ust jej ręce i przycisnął przeciągle gorące jak pieczęć wargi.
Pani Melania ledwo się pohamowała, żeby nie zawiesić się na jego szyi i całować te rozpalone usta. - Niech on ją nie kocha...Niech ją zdradza! Niech rzuci! Byleby jeszcze choć kilkanaście, choć kilka dni był jej kochankiem.
Pieścił jej ręce. Na twarz jego znów powracała chmura. Zapalił papierosa. Po chwili milczenia Pani Melania zapytała:
- A co zrobisz z Akweliną? Czy ożenisz się z nią?
- A niech Pan Bóg broni!!..
- To bogata panna, chyba najbogatsza ze wszystkich panien w Litwie. Ma może 10000 dolarów w gotówce, drogocenną biżuterię i trzy domy w Buenos Aires.
- Jestem syty i ubrany bez jej dolarów. Ożenię się wtedy, gdy się dobrze wyburzę. A ta reakcja nastąpi chyba za 20 lat dopiero.
Spojrzał na Melę i uśmiechnął się demonicznie.
Ona westchnęła.
- Biedna Akwelina! Ona tak się zapędziła w tobie.
- Szał sezonowy krótkotrwały, a dla uchodzącej młodości to zdrowo- najlepszy eliksir życia. Cha cha cha!
Pierzchnęła chmura z jego nastroju. Zagrała w nim jakaś krotochwilna wesołość. Szli obok ramię przy ramieniu.
Zastąpiła im drogę Akwelina.
- Coś zanadto flirtujesz, Melu! - Rzekła tonem żartu, lecz w liliowo-niebieskich jej oczach, z których zdjęła pince -nez miotał się gniew, poszerzając krótkowzroczne źrenice i tak nienormalnie duże. - Chyba zapominasz, ze masz męża?
Daugnorowa zarumieniła się, zażenowanie swoje zamaskowała śmiechem brzmiącym nienaturalnie.
- Cóż dziwnego, od trzech miesięcy jestem słomianą wdową.
Akwelina wypukliła wargi złośliwie.
-Czy uważasz, iż to zadługi post dla twego temperamentu?
- Przecież my jako Amerykanki postów nie przyznajemy. Mój mąż w Czikago zapewne życia świętoszka też nie prowadzi. Co do mnie jestem przede wszystkim swacią, a swatowie mają specjalne przywileje...

Niska, ognista brunetka w czerwonej woalowej sukni stała obok Prostki i z uśmiechem przyglądała się dwom damom przylepionym do ramion Gajżułłda.
- Jak myślisz Panie Karolu, czy ta dwójka nie pobije się o Gajżułłda?
Kapitan z łobuzerską miną podkręcił wąsika.
- Czy ja wiem? Przecież w Ameryce bokserski pojedynek przyjęty i wśród kobiet.
- A jakże! Ja gdybym miała rywalkę zaraz wyzwałabym na boksy. A po zwycięstwie wrzuciłabym w fale Bałtyku, niechby popłynęła na ucztę morskim potworom.
- Jak uważam Pani Domicela jest niebezpieczną osóbką pod każdym względem.
- A tak, kochany Kapitanie! Moje uczucia nie mają granic, tak w miłości jak i w nienawiści. Bieda i tobie, jeżeli mię zdradzisz!...
- W tym wypadku zemsta Pani byłaby niesłuszną. Przecież zawczasu...uprzedziłem o mojej niestałości.
- Ja też nie należę do stałych w uczuciach. Dowodem tego, że tylko półtora roku żyłam z mężem pierwszym, a rok z drugim, zaś od trzeciego - po sześciu miesiącach uciekłam aż tu, do Litwy. Ja kocham krótko, ale za to gorąco...A mężczyzna ma prawo tylko wtedy mi się sprzeniewierzyć, gdy usunę go ze swego serca.
- A czy pani się zgadza, żebym ja swoją kandydaturę postawił na czwartego małżonka? Tylko z tym warunkiem, że termin rozwodowy nastąpi w dniu zakończenia mojego urlopu.
Pani Domicela uczuła urazę.
- Czyż po dwóch tygodniach Pan będzie już sytym moją miłością?!
- Czy będę ja "syty" czy "głodny" tej kwestii nie poruszymy. Pani wyraźnie mnie objaśniła, że czasokres małżeński w każdej następującej jego kolekcji - o wielki procent Pani skraca. Więc ta czwarta kolekcja, którą będzie stanowiła moja osoba, powinna mieć termin najkrótszy od trzech poprzednich. Czy zgoda Pani Domicelo?
Pani Domicela zaśmiała się z widocznym przymusem, pobłyskując dwoma rzędami białych drobnych ząbków.
- Taka ugoda powinna mnie przynieść dobry upominek...
-Owszem, Pani Domicelo! Ja hojny jestem w zostawianiu upominków, ale...tylko żywych...
Pani Domicela wydęła zmysłowe, ładne usteczka.
- Ja nic żywego mieć nie lubię z wyjątkiem chłopaka z czarnym wąsikiem.
Kapitan roześmiał się wesoło.
- Brawo, Pani Domicelo! Teraz na serio zaczynam kochać się w Pani. Daj ucałować rączkę.
Mała Amerykanka zrobiła dziecinny grymas.
- "Rączka"? Fi! Co za przyjemność! Od tego rodzaju czułości my w Ameryce odwykłyśmy zupełnie.
prostka przysunął się do niej, zaglądając z uśmiechem zalotnym w oczy.
- A jak....?
Nie odsuwając się od niego pokazała palcem na usta.
- Tu...Ale gdy nikt nie widzi...
- Doskonale! Więc ugoda zawarta!
- Tak, niby...
Ubawiony kapitan podniósł ją trzy razy w górę aż ponad swoją głowę.

Siostrzenica Melanii panna Regina, Dżuigiras i Turwidas siedzieli razem w półleżących pozach. Młodziutka Amerykanka prosiła malarza o zrobienie jej portretu.
- Najlepszy portret Panny Reginy to moje oczy. - Mówił porucznik ułanów. - Żaden artysta nie potrafi ująć tego czaruna płótnie, a moje oczy pędzlem zachwytu malują każdy rys twój!
I jasną, wichrowatą głową ocierał się jak kot o jej ramiona (preludia czułości Litwinów). Regina uśmiechnęła się z lekka, wydymając dolną wargę na znak, że komplement nie robi na niej żadnego wrażenia, uważając to za należność sobie. Za to owe kocie umizgi ładnego oficera działały silniej. Gorący rumieniec powlekł jej twarz i tak wiśniowo-różową. On prosił:
-Panele Regite (Panno Reginko), przejdźmy się trochę. Mnie już kości zaczynają drętwieć od tak długiego siedzenia: trzy godziny przesiedzieliśmy w łódce i już godzinę chyba siedzimy tu na plaży. Pójdźmy drogą między wydmami. Wyjdziemy do ładnego lasu. Tam dużo malin i sinic (1).
- Maliny i sinice - świetnie!! Idziemy!...
Poszli trzymając się za ręce jak sympatyzujące z sobą dzieci. Gdy znaleźli się pośród wydm, Dżuigiras obejrzał się dokoła czy kto nie widzi, pochwycił w silne objęcia Regitkę i gorąco ją pocałował. Gdy chciał powtórzyć ten pocałunek, przegięła się wstecz odgradzając się od niego rękami na całą ich długość.
- Dlaczego mnie całujesz?
- Bo kocham ciebie.
- Czy naprawdę kochasz mię, Witoldzie?
- Kocham cię, kocham Regite "kaip dangaus saulute" (jak z nieba słonko)!
- Jeżeli prawdę mówisz, że mnie kochasz i chcesz całować, to musisz ze mną ożenić się.
- Dobrze, dobrze, najdroższa! Bierzmy ślub choć jutro.
-Ja mówię zupełnie serio, bez żartów...Nie chcę całować się z mężczyzną, który nie będzie moim mężem.
- No tak, no tak! Od tej chwili jesteśmy narzeczeni.
- Czy naprawdę?
- Naprawdę! Naprawdę!
- Więc dzisiejszego wieczoru pójdziesz ze mną do naszego domu i oświadczysz się rodzicom o moją rękę. Czy zgadzasz się?
- Dobrze, zgadzam się, jak ty chcesz. - Szybkim ruchem obezwładnił jej ręce, przycisnął ją znowu do siebie i pokrywał całą twarz pocałunkami. Regina nie oddając pieszczoty stała w jego ramionach nieruchomo, przyjmując te pocałunki ze zmrużonemi oczami.
- Już dosyć...Nieprzystoi tak długo się całować skoro nie jesteśmy jeszcze po ślubie ani po zaręczynach...Idźmy na maliny.
- Nie ma tu malin w pobliżu. Chciałem być sam na sam z tobą i skłamałem co do tych malin. "Tu mano gelele brangijoi" (2).
Nie dał jej się uwolnić ze swoich objęć przyciskając do siebie coraz namiętniej. Nawet ukazanie się Maryni jego ognistej nie przerwało pieszczoty. W podnieceniu swoim nie zauważyli ją narazie. Ona tuż mimo nich przeszła w swoim białym, płóciennym kostiumie i ze splecionymi w dwa warkocze włosami. Stanęła na pagórku pod którym oni siedzieli wysoka i smukła jak biała statua. Chwilę spoglądała na towarzystwo rozłożone przy sztalugach malarza. Pochwyciła spojrzenie Turwida i skinęła nań ręką. Artysta zerwał się z piasku i zwijał szybko sztalugi.
- Nie odchodź Pan - Rzekła Domicela. - Zostań z nami, potem pójdziemy do nas wszyscy na kolację.
- Pranas w milczeniu zwijał dalej sztalugi.
- May zaprosimy tu tę pannę, dobrze Panie Pranas? - Odezwała się Melania.
- Daj pokój! - Mruknęła Akwelina. - Po co nam tu nieznajoma panna.
- Będzie towarzystwo dla Reginy - Odpowiedziała Daugnorowa, która wyczuwała w Maryni "pannę błękitnej krwi" i chciała wciągnąć do swego kółka - przez ciekawość poznania typu z ziemiańskiej sfery. Zaczęła machać ręką, wołając: "Panele", prosimy do nas!
Marynia nie raczyła ani gestem odpowiedzieć, znikła natychmiast z pagórka.
- Jakaś dzika dziewczyna - Rzuciła Akwelina, która szczególną antypatię powzięła do Maryni.
- Niech Pan ją namówi do nas i razem przyjdziecie - Zachęcała Pani Melania.
- Ani myślę!...
- Dlaczego? - Spytała Domicela.
- Takie towarzystwo to nie dla panny Stargwiłłówny. - Odparł z flegmą, zakładając sztalugi na plecy.
- Czy tak wysoko podniosłeś Pan swój piękny modelek? - Zadrwiła Akwelina.
- Bez porównania stoi ona wyżej od ciebie, małpo malowana.
Odszedł, sucho rzuciwszy "sudiewu".
- To nie artysta, lecz pastuch albo wariat! - Donośnie rzuciła za nim Akwelina.
- Cho cho cho! - Roześmiał się malarz i zniknął wkrótce za wydmami.

----------------------------------------------------------------------
(1) Tak na Litwie nazywają czarne borówki.
(2) Ty mój kwiatuszku drogi

niedziela, 30 września 2012

Rozdział XIV Podwieczorek ciepłej wdówki

 Lampa pod różowym abażurem zalewała mistycznym półmrokiem pokój Baronowej. Dokoła stołu zastawionego wyborną zakąską i napitkami, z wazą kryształową na środku pełną wspaniałych świeżych róż - siedziało wesołe towarzystwo: Pani Benigna, Pani Halina, niejakaś Panna Kizia - przekwitła już dziewoja lecz jeszcze dosyć ładna, Prostka, Gajżułłd, Dżuigiras i malarz Turwidas. Baronowa wspaniałomyślnie artyście przebaczyła...przez wdzięczność, że zaznajomił ją z z tymi oficerami do których tak gorąco wzdychała. Od pamiętnego wieczoru w kurhauzie sylwetki trzech kawalerzystów (a mianowicie pięknego huzara) nie dawały jej spokoju, burząc nie starzejące fermenty zmysłów. A ten poczciwy chłopczyna (tylko trochę durnowaty i bez temperamentu) spełnił jej najgorętsze życzenie...
I oto siedzi tu jak królowa, w swoich karmazynach i złocie, otoczona trójką najpiękniejszych z całej Litwy oficerów. Z lewej strony siedzi ten cudny huzar z demonicznemi oczyma, w którym zakochała się namiętnie od pierwszego spojrzenia. Teraz zagląda w oczy zalotnie, przyciska się do kolan. Z prawej ma czarnookiego i z czarnym wąsikiem kapitana. Też uśmiecha się do niej czule podkręcając wąsika, szepcze komplementy.
- Ach co za rozkoszna chwila!! Ileż życie jednakże ma czaru!
Dżuigiras siedzi obok Panny Kizi, która kokietuje go zajadle. Pani Halina siedząca między Prostką i Turwidem spogląda z ukontentowaniem na gości i promieniejącą przyjaciółkę. Złotowłosa i czarnooka pokojówka Baronowej Zośka usługiwała do stołu. Łakome spojrzenia kawalerzystów leciały ku niej ukradkiem, natomiast sygnały dawane nogą były śmielsze. A dziewucha rumieniła się po białka i rzucała lękliwym wzrokiem na trzy panie, czy nie ma w ich źrenicach gromów.
Zmniejszała się na stole szybko wykwintna zakąska, ciasta i owoce, opróżniały się flaszki z krupniczkiem i starym winem, a kawę ze śmietanką ledwo pokojówka mogła nadążyć z nalewaniem. Humory wszystkich były wyśmienite, leciały żarty, koncepty, śmiech.
- Wieczór róż! - Zawołał Prostka. - Na stole wspaniałe róże i dokoła stołu trzy róże.
Na to Gajżułłd:
- Słabe określenie "trzy róże", to są królowe róż!...
- O uwielbiona królowo róż! Czy mogę być twoim paziem?
I kapitan Prostka całował powoli piękne, opierścienione paluszki Baronowej.
Gajżułłd zrobił groźną minę, poza plecami Pani Benigny sięgnął do czarnej gęstej czupryny Prostki, odrywając go w ten sposób od rąk Baronowej.
- Ty łajdaku! Co robisz?! Jak śmiesz tak zuchwale spijać nektar miodowy z tych ślicznych paluszków. Kto ci pozwolił!?
- W tych paluszkach taki niewyczerpany zdrój tego nektaru, że i tobie go nie zabraknie.
- Ja w takich razach żadnych podziałów nie przyznaję. Te paluszki są wyłącznie moją własnością - wara ci od nich!
I na chwilę Gajżułłd zagarnął obie ręce pani Benigny czującej się w siódmym niebie.
- Poczekaj zdrajco, jutro do ciebie przyślę sekundantów...


Turwidas widząc te umizgi oficerów do 50-letniej Baronowej dusił się powstrzymywanym śmiechem i przesyłał znaczące spojrzenia siedzącemu naprzeciwko kuzynowi. Ułan uważał, że i on powinien okazać jakieś zainteresowanie romantyczną i tak wielce gościnną panią domu. Mrugnął najpierw porozumiewawczo do panny Kizi i rzekł:
- Szczęśliwi ci moi koledzy - siedzą obok naszej królowej. Włodzimierzu, zamieńmy z tobą miejsca...
- Aha! Zachciało się! Nie ma głupich!...
- Oj! Jak ciężko żyć wśród egoistów! Łzy tylko i "kocą" się...
Dżuigiras przyłożył do oczu serwetkę niby płacząc. Panna Kizia załamała ręce z  tragicznym grymasem.
- O Pani Baronowo! Tak bez sumienia zagrania Pani serca tych wszystkich trzech naszych bohaterów. Zostaw Pani i nam z Panią Haliną choć po kawałku tych ciepłych, dobrych serduszek.
Rozanielona Baronowa przewracała oczy, spoglądając na wszystkich z miodową słodyczą.
- Ach! Moja Kiziuniu! I jabym się radowała choćby kawałeczkiem serca tych ślicznych chłopaczków...Ale mi się zdaje, że te kawałeczki są już rozdane wśród dziesiątek kobiet, a nam ani okruszyny już nie ma - Odpowiedziała bardziej niż zwykle aksamitnym głosem, zasyłając oficerom omdlewające spojrzenia.
- Królowo - Rzekł huzar. - Nasze serca są tak olbrzymie, że rozebrawszy je na kawałki można zbudować piramidę. Więc u stóp Pani możemy w dobrej miarce te kawałki złożyć.
- Lepiej jedno serduszko choć maleńkie, ale szczere, wierne i kochające - Modulowała Pani Benigna.
- Pani zmienna w swoich zdaniach, przedtem była mowa o kawałkach...okruchach...a teraz już się chce całości.
- Ach! Pragnienia człowieka nie mają granic - I Baronowa westchnęła tęskno.
Prostka zaśpiewał dobrym tenorem:

Pragnę ja ciebie, dziewczyno!
Ach, jak cię pragnę, kochanie!!
Bądź moja, o ty jedyno!
W niebie czy piekieł otchłani!...

- Śliczny masz głos, kapitanie! - Zawołała entuzjastycznie Baronowa. - Proszę bardzo jeszcze coś zaśpiewać.
- Prosimy, prosimy!... - Powtórzyły Pani Halina i Panna Kizia.
- Coś tęsknego, rzewnego...Gdzie dużo uczucia...Miłości...- Dodała pół szeptem Pani Benigna.
- Czy Pani jest sentymentalna? - Zapytał uśmiechając się Prostka.
- Bardzo! Mianowicie gdy kocham...
- Czy na Panią często przychodzą momenta miłości? - Z poważną miną pytał Gajżułłd.
- Jestem bardzo wrażliwa i uczuciowa... - I Baronowa spojrzała na niego z tak bezmierną czułością, aż łzawa powłoka zapaliła czerwonym blaskiem jej białka.
- Pani jest nie tylko królową róż, lecz i aniołem słodyczy - Słowa te Gajżułłd zakończył długim westchnieniem, którym powstrzymał wyrywający się śmiech.
- Czekamy na śpiew - Zwróciła się niecierpliwie do Prostki Pani Halina.
 Zaczynała zazdrościć powodzenia przyjaciółce. - Dlaczego oni wszyscy pochłonięci Benią? Czyżby tak mocno gorzej wyglądała od Baronowej? Nie, to nie może być, Benigna od niej o parę lat starsza. A dawniej w piękności Pani Halina zawsze ją kasowała. Tylko Benia miała jakiś wabik szczególny, który pociągał mężczyzn.
 Mimowoli rzuciła okiem na duże lustro stojące przy ścianie, gdzie doskonale odbijały się postacie całego towarzystwa. Stanowczo ona i teraz ładniejsza od Beni. Czy można porównać głowę Baronowej z nieproporcjonalnie dużym nosem i popsutemi atropiną oczami z jej rasową główką o klasycznych rysach. Tylko tamta opływa w dostatkach i wszelkich wygodach, nie ma żadnych kłopotów, zajęta jedynie sobą, więc zakonserwowała dobrze ciało, nie ma zmarszczek i nie wstydzi się tak rzucająco malować się najlepszymi szminkami, sprowadzanymi z Paryża, dlatego wygląda młodo i bogata, to lgną gachy.
- Och! Gdybym ja była 10 la młodsza, to bym tego huzara odbiła od niej! - Po żyłach Pani Haliny przebiegło coś gorącego...Jeszcze raz spojrzała w lustro i westchnęła boleśnie.
Prostka nie dał się długo prosić o śpiew. Wstał, przybrał pozę artysty na scenie i dźwięcznym, miękkim tenorem zaśpiewał śpiew rosyjski jeden z najładniejszych romansów: "Szepnuw prasti".
Piękny śpiew przystojnego kapitana zrobił wielkie wrażenie na trzech paniach. Zasłuchane patrzyły na niego jak w obraz. Baronowa wybrała różę z wazy i przypięła mu do munduru, mówiąc pieszczotliwie:
- Niech ta różyczka będzie dowodem naszego uznania dla ślicznego śpiewu i świetnego głosu Pana.
Gajżułłd nie chciał ustąpić koledze.
- Dzisiaj wieczór - spectacl - zawołał. - Koncert śpiewu już się odbył, a teraz będzie balet.
- Balet? O, świetnie! A kto wystąpi z tym baletem?
- Jeżeli Panie pozwolą, to ja. Czy Pani gra kozaczka? - Zwrócił się do Pani Haliny, wiedząc o jej muzykalności.
- Gram! Gram!
 Za chwilę spod długich, cienkich palców Pani Haliny popłynęły skoczne dźwięki narodowego kozaczka. Gajżułłd odpiął z pasa krzywą szablę huzarską i puścił się w taniec. Tańczył z wielkim temperamentem właściwym ludziom wschodu. Jego niezwykle zgrabna kibić gięła się jak wąż w błyskawicznych skokach i kołach. Olśniewającej białości zęby połyskiwały w rozchylonych, czerwonych jak świeża krew wargach. Rozszerzone źrenice płonęły ogniem. Potrząsał co chwilę rozwichrzonemi kędziorami spadającemi w bezładzie na czoło.
- U-ha! U-ha! - Wykrzykiwał po kozacku.
Baronowej zaparł się oddech w piersiach, twarz jej nawet przez warstwę szminki stała się szkarłatną. Ściągała kurczowo kolana szepcząc:
- Och! Co za temperament!...Co za życie!...Ogień!...Ogień!!...
 Panny Kizi szeroko otworzyły się jasno-niebieskie oczy... Uśmiechała się konwulsyjnie...Pani Haliny ściągnęły się wąskie brwi, co chwilę trzęsła nerwowo loczkami i grała z niezwykłą u starszych pań brawurą, podskakując na krześle i ciskając raz po raz rozognione spojrzenia na tańczącego. Z końca pokoju patrzyła na taniec śliczna Zośka pokojówka Baronowej. Pierwszy raz widziała kozaczka i i zachwyt jej nie miał granic. Wyszczerzała do tańczącego wszystkie swoje białe i równe ząbki, klaskała w dłonie, przytupywała nóżkami, ruszała ramionami ze słowami:
- Ne, ne, nemusinel! (1)
Po ukończonym kozaczku zerwały się wszystkie biesiadniczki otaczając Gajżułłda. Winszowały i dziękowały przeciągłym uściskiem dłoni. Dostał też różę.
- Gdyby tak jeszcze monolog jaki, byłoby uzupełnieniem spektaklu - Wtrącił Dżuigiras.
- No to monologuj - Rzekł do niego Gajżułłd. - Jesteś przecież poetą.
- O, to bardzo ciekawe! - Zawołały panie. - Prosimy, prosimy!...
 Ułan stanął od drzwi werandy, odchrząknął krótko, poprawił jasną lwią grzywę i zadeklamował pikantny, długi wiersz własnej improwizacji, wzięty z życia własnego i dwóch kolegów ulubionych: "Trys awanturistai" (trzej awanturnicy). Ubawione panie biły rzęsiście brawo, wołając: Bis! Bis!
Nie ominęła i go róża.
 Potem Baronowa poprosiła Panią Halinę, żeby coś zagrała. Pani Halina grała z uczuciem i biegłą techniką, ale rzeczy stare i rzewne. Słuchacza uważnego miała tylko w malarzu. Usiadł w fotelu przy pianinie, oparł się łokciem o poręcz, a głowę zwiesił na dłoni i zatonął w muzyce, zgodnej i tęsknej melodii.
Ta muzyka pieściła jego duszę i unosiła w krainę marzeń, gdzie królowała Ona...Przymknął oczy, żeby wyraźnie przywołać jej wizję. Zapomniał na chwilę gdzie się znajduje. Widział tylko ją...Rozkołysane fale morza...Plażę złotą...Malowniczą Birutę...I te chabrowe cudne oczy...Muzyka grała hymn miłości...

 Oficerowie zaczęli się nudzić. Chcieliby już skrócić wizytę, lecz wychodzić zaraz po kolacji i to podczas popisu muzycznego tak wielce gościnnej gospodyni, nie uchodziło. Prostka paląc papierosy chodził z kąta do kąta - pomagał Pani Halinie wybierać nuty. Przekomarzał się z Panną Kizią siedzącą z Dżuigirem. To podchodził do Baronowej flirtującej na kanapie z Gajżułłdem i udawał, że zazdrości. Wreszcie znalazł odpowiedni moment, żeby wyślizgnąć się z pokojówką i zniknął na kwadrans...
Dżuigiras z Kizią szeptali coś ciągle i wybuchali przyciszonym śmiechem. Ze śmiejącemi minami obserwowali Baronową z Gajżułłdem.
- A może oni się pobiorą?- Szeptała Panna Kizia. - Zdaje mi się, że Baronowa wcale nie od tego, żeby po 20 latach wdowieństwa zrobić mariażek. Z tych dwojga byłaby dobrana para: on chudy, ona okazałej tuszy. Będzie mogła szpikować go swoją słoninką, która zacznie (spodziewam się) rzęsiście odpadać pod męką zazdrości co do stałości uczuć o 30 lat młodszego małżonka. Chuchuchu!
Dżuigiras kaszlał i zakrywał usta chusteczką do nosa...
 A Baronowa upojona ze szczęścia swego, siedziała pół-przytomna obok Gajżułłda. Mówiła mu coś ciągle półszeptem, lecz słowa urywały się często w jej przyspieszonym oddechu. Ruszała się wciąż gorączkowo, ocierając się ramieniem o oficera niby niechcąco.
- W Panu jest chyba wcielenie grzechu...Jakaś zagadkowa siła uroku-straszna, demoniczna!...Spojrzenie Pana oplata i druzgocze jak zdradziecki wąż-boa, a dotknięcie rąk pali żarem...Chyba w Panu jest szalony temperament? Co? Stąd ten czar niesamowity...
Gajżułłd patrzył na nią zwężonemi źrenicami, usta i piersi jego drgały od powstrzymywanego śmiechu.
- Ta elektryzacyjna sugestia którą Pani mojej przypisuje osobie - rozgorzała teraz pod prądem dwojga łaknących serc - Odparł poważnym tonem.
Pani Benigna położyła rozpaloną dłoń na jego ręce.
- Panie Włodzimierzu, ja raz w życiu kochałam się prawdziwie. Miłość moja była ogromem uczuć...Paliła się ona w każdym drgnieniu duszy...Dziś nie ma kobiet które byłyby zdolne tak kochać jak ja. Kilkanaście lat minęło od tych chwil rozkoszy, upojenia, szału...One pozostały wieczną moją tęsknotą...Celem życia mego jest spotkać raz jeszcze człowieka, którego tak mogłabym kochać jak wtedy.
 Oparła głowę o miękkie oparcie kanapy przymykając oczy, piersi jej falowały burzliwie. Włodzimierz przygryzł dolną wargę. Śmiech homeryczny przemocą wybijał się z piersi i coraz trudniej mu było zapanować nad jego wybuchem. Pani Benigna wydawała mu się przekomiczną z tym afektem przy swoich 50 z czubem lat. Mając satysfakcję do reszty rozdrażnić jej zmysły, objął ją z lekka i na sekund kilka przycisnął do swego boku. Jęk stłumiony wyrwał się z jej ust.
- Ach! Panie Włodzimierzu! - Wyszeptała. - Pan doprowadzasz mię do szaleństwa!!...
Teraz i Gajżułłd przymknął oczy, żeby ukryć w nich chochliki śmiechu.
- Och!... Nie mogę!... Odurzyłaś mię Pani jak opium...O rety! Jak mnie się w głowie kręci!!.. Benigno! Pani Benigno!...Zlituj się!...Mordujesz mię Pani!...
Zerwał się z kanapy i pośpiesznym krokiem wyszedł z pokoju. Gdy się znalazł w dziedzińcu, ukrył się za węgłem domu i zanosił się ze śmiechu.
 A Benigna weszła do sypialni i piła długo zimną wodę z cytryną. Potem osunęła się na fotel, zwiesiła głowę na poręczy, z uśmiechem omdlałym przymknęła oczy i zaciskała dłońmi burzące się piersi.
- Ach! Co za mężczyzna!!...Jaki śliczny!!...Jaki temperament!!!Ach! Ach!
 Potem skoczyła do lustra jak młoda panienka, poprawiła szybko oryginalnie utrefione włosy, posypała twarz świeżą warstwą pudru, odświeżyła usta różową pomadką i wróciła do salonu.
Nareszcie przyszedł czas odejścia gości.
- W sobotę tego tygodnia proszę serdecznie was wszystkich na godzinę 9-tą wieczorem. Urządzam przyjacielską biesiadę z tańcami - Rzekła przy pożegnaniu Pani Benigna.
A Gajżułłdowi szepnęła cicho, żeby on tylko słyszał:
- Niech Pan jak najczęstszym będzie moim gościem.

-------------------------------------
(1) Wykrzyk żmudzki zdumienia.

czwartek, 13 września 2012

Rozdział XIII Idylla Nocy

 Dzisiaj 17 lipca, sobota, bal dla inteligencji z zaprosinami będzie w Juracie, gdzie Gajżułłd obiecał towarzyszyć Bronce. Ona w tym dniu już od poranku jest jak w gorączce, nie ma apetytu, nie ma humoru, nie może uporządkować myśli. Świdruje bez przerwy to pytanie: czy On przyjdzie, żeby iść z nią razem na bal?? Wczoraj na podwieczorek nie przyszedł, a tak go czekały obie z mamusią! W ogóle po tym balu koncertowym nie odwiedził jej ani razu, żadnego z nim spotkania dotychczas nie miała. Myślała narazie, że poważne miał przeszkody: choroba, wyjazd czy t. p. Tymczasem w lasku gdzie gra orkiestra zobaczyła go wczoraj w taksówce z Amerykankami. To był dla niej cios, policzek, w nocy spać nie mogła z goryczy i oburzenia. Przed Mamusią zawodziła do północy nad swoją niedolą, że los ją prześladuje, nie ma szczęścia i. t. d. Daremnie Mamusia przekonywała że po takim nicponiu, babiarzu i awanturniku nie ma czego ubolewać, a raczej podziękować Bogu, że go z drogi jej życia usunął.
 Im bliżej wieczoru tym większe Bronki napięcie nerwowe, niepokój, troska do bólu: przyjdzie czy nie przyjdzie ??? Pyta koleżankę Misię na zgadywanego - tak czy nie? Biały czy różowy? Kwiat czy pokrzywa? Obrywa listek po listku trzem z kolei rumiankom, pytając: przyjdzie, nie przyjdzie?
 Kładzie pasjansa na 5 kolorów od asów do 10 z odrzucaniem 9. Jeżeli wyjdą wszystkie pod kolorem porządkowym, to przyjdzie; nie wyjdą - nie przyjdzie. Potem pasjans kładzie na asy. Jedne wróżby mówią pomyślnie, inne smucą. A w Bronce grają wszystkie nerwy.
 Już słońce zaszło, mrok różany osnuwa przyrodę. Potem barwa różowa przechodzi w liliową. Wreszcie zaczyna szarzeć.
 Wskazówka budzika wskazuje 9.20. Samowarek kipi. Zakąska do kolacji rozstawiona w oczekiwaniu tak pożądanego gościa. Bronka od kilku kwadransów przygotowana do balu. Ma suknię seladynową z cieniutkiego jedwabiu, na głowie takąż opaskę, nakrapianą kryształkami błyszczącemi jak krople rosy.   Cztery luźne warkocze zakończone wężowemi lokami, dwa spadają na piersi, dwa na plecy. Przygląda się w lustrze, widzi siebie prześliczną: gorączkowe rumieńce dodają oczom szmaragdowym fascynującego blasku, usta płoną koralem. A on nie przychodzi!??
 Bronka już dostaje nerwowych dreszczów, serce bije nierówno, żar ma w głowie, gorycz w ustach...Na wielkim zegarze w wieży kościelnej wybiła godzina 10. Nie ma go!! Dziewczę upada z płaczem spazmatycznym na kanapę.
- Mamusiu! Mamusiu! Czemu ja taka nieszczęśliwa!? Czemu los mię tak prześladuje!? Uchchu, uchchu!
Stroskana Mamusia szuka w szafce kropli walerianowych. Rozprowadza je w wodzie i podaje spazmującej córce. Bronka w furii trzasnęła o podłogę kieliszek z walerianką.
- Co mi po tej waleriance gdy serce boli i dusza płacze. O jaki marny ten cały świat!! Po co mnie urodziła? Po co przywiodła na ten padół cierpień i łez!?
 Pani Joanna stoi zbolała nad płaczącą córką. Załamała spracowane dłonie i mówi:
- A widzisz! A czy nie mówiłam, nie przestrzegałam?! Nieszczęście twoje że lubujesz się w awanturnikach i nicponiach zamiast się trzymać solidnych i statecznych kawalerów.
- Mama tylko zrzędzić umie, a poradzić, otuchy dodać nie potrafi.
- Kiedy ty rad matki nie słuchasz, idziesz zawsze za swoją fantazją, impulsem. Żebyś mnie słuchała, to...
Bronka raptownie się zrywa z kanapy bo ktoś do drzwi zapukał. To On! To On...

 Obciera zapłakane oczy, przygładza wzburzone włosy i prawie kłusem biegnie do drzwi, aby najmilszemu gościowi otworzyć.
 Rozczarowanie! To Jadzia ze swoim nowym asystentem, przystojnym Tatarem spolszczonym, kapitanem Makałłowiczem. Przyszli po Bronkę, żeby iść razem na bal do Juraty.
- Dziękuję wam bardzo, ale tak mię głowa boli, kładę się do łóżka.
Jadzia popatrzyła na balową suknię przyjaciółki sezonowej, zauważyła też jej zaczerwienione od łez oczy i domyśliła się wszystkiego. Uśmiech leciuchny przewinął się jej po twarzy.
- Przechadzka i tańce najlepszym środkiem byłyby od bólu głowy, Bronko. Nie grymaś i chodź z nami.
- Nie, dziękuję, nie mam chęci. Naprawdę głowa mię boli.
Kapitan Makałłowicz też namawiał ją uprzejmie na bal. Odmówiła.
- No to dobranoc. Życzymy ci chociaż snu słodkiego.
- Czemu nie poszłaś z nimi? - Po odejściu ich zapytała Mamusia.
- A co mi za przyjemność dzielić się z Jadzią jej asystentem.
 Zrzuciła z siebie suknię, negliż balowy, opaskę z głowy i rzuciła się do pościeli. Wie że nie zaśnie do północy ale lepiej leżeć niż siedzieć.
- Nie zmówiłaś pacierza - Zwróciła uwagę Mamusia.
- "Jak Bóg Kubie, Kuba Bogu" - Burknęła Bronka obrażona na Pana Boga i świat cały.
Pobożna pani Joanna westchnęła ciężko, szepcząc: Odpuść jej Panie.
Pomodliła się poczciwina za córkę i siebie i poszła też do łóżka. Będąc ruchliwą i pracowitą sen miała dobry, twardy. Gdy spała, mogli rozmawiać, grać i śpiewać, jej nieprzeszkadzało. W pierwszym śnie głucha była na wszelki gwar. I teraz po krótkiej chwilce głęboki oddech wskazywał, że staruszka już spała snem sprawiedliwych.
 Bronka z głową na jaśku, a rękami skrzyżowanemi pod jaśkiem patrzyła przed siebie w srebrzystoszary mrok nocy i rozmyślała nad gorzkim swoim losem. Zastanawiała się co teraz ma robić z sobą? Jak się zemścić nad tym niegodziwcem? Przez niego straciła wszystkich swoich wielbicieli tego sezonu. Kto jej teraz będzie towarzyszyć? Szkoda że nie poszła z Jadzią. Na balu z pewnością znalazłaby nowego adoratora. Cóż z tego! Gajżułłda nikt jej nie zastąpi. On widocznie przerzucił się teraz od niej do Amerykanek. Tak czule rozmawiał w taksówce z tą ładną miedzianowłosą i różanolicą siostrą Staknisowej.
 Bronka jeszcze nigdy nie czuła się taką nieszczęśliwą jak teraz. Gdy ją tak trapiły żal, ból, gniew i zgryzota, pod oknem otwartym na rozcież do ogródka cicho zabrzmiały dźwięki hawajskiej gitary i przytłumiony ozwał się śpiew pod melodią znanej hiszpańskiej serenady:

Dążę sam z gitarą srebrną w ręku
Wśród ciszy tej pod okienko jej,
Stanę ja tu z powagą i bez lęku
Zanucę pieśń dla ukochanej mej.

Ta moja pieśń tak czysta nieskalana
Co składam ci jako miłości cześć
Dzieweczko ma, ty śliczna ukochana!
Czy mogę ci w ofierze pieśń tę nieść?

I zbudź się słuchać pieśni mojej duszy!
Przez okno swą główkę wychyl ty.
Może cię ta gorąca pieśń ma wzruszy
I spełnisz mych najsłodszych marzeń sny.

 Na moment zamarł oddech w piersi Bronki z radości i wzruszenia. To On! To jego ten miękki przytłumiony baryton, jego ta hawajska gitara. Och, żeby Mamusia nie usłyszała.
Bronka drżąc cała naciąga na nagie ciało suknię balową (negliżu włożyć nie zdążyła). Błyskawicznie rozplata warkocze i jak nimfa nocna w bieli z płaszczem falistych rozpuszczonych włosów, cichutko bosemi stopami przebiegła do okna i wychyliła się z framugi.
 On stał pod oknem, w powodzi kwiatów, oblany blaskiem księżyca; czarny płaszcz na ramionach, włosów pukle rozwiane, trzyma hawajską gitarę, cicho uderza w srebrne jej struny i śpiewa głosem przyciszonym tę pieśń miłości. Serenadę tę sam przetłumaczył z języka rosyjskiego (Nakinuw płaszcz) na język polski, żeby Polkom przyjemniej było słuchać. Ujrzawszy nimfę wychylającą z framugi okna postawił na ziemi gitarę i obiema dłońmi ujął jej ręce. Przez parę minut nie przemówili do siebie wchłaniając się wzajemnie oczyma. Pierwsza odezwała się Bronka.
- Dziękuję Panu za ten śliczny śpiew. Za wszystkie koncerta świata jabym tej pieśni nie oddała, którą Pan zaśpiewał.
Ucałował przeciągle jej ręce.
- Bardzo mnie miło, że moich uczuć serenada przemówiła tak do Pani duszy.
- Ale Pan jesteś niesłowny...
 On oparł jej dłonie na swoich policzkach i ze słodkim półuśmiechem patrząc w zielone migdały zapytał miękko, tak samo szeptem jak ona:
- Dlaczego "nie słowny"?
- Obiecałeś Pan przyjść wczoraj na podwieczorek. Tak z Mamusią czekałyśmy i nie przyszłeś. Wolałeś Pan taksówką jeździć z Amerykankami niż naszą gościnę! Na dziś obiecał Pan przyjść i towarzyszyć mnie na bal i też "obiecanka-cacanka"...
- Śliczna moja! Toż jestem aby zabrać Panią na bal. A co do podwieczorku - nie powiedziałem  "przyjdę".
- Odpowiedziałeś Pan na zaprosiny "z przyjemnością".
- Przyjemność może pozostać tylko w chęci, nie uskuteczniona.
- Wiem, że Pan masz obrotny języczek i wszystko po swojemu umiesz wytłumaczyć. A czemu Pan przyszedł tak późno jeżeli chodzi o bal?
- Złoto moje! Nie zapóźno, teraz największy impuls balowy.
- Bal w Juracie o godzinie dziewiątej się zaczyna, a teraz koło 11-ej. Dwie godziny zmarnowane!
- Chciałem pozwolić zasnąć Pani Mamusi. Gdybym przyszedł wcześniej na pewno powędrowałaby z nami dla bezpieczeństwa córeczki przed złowrogim kapitanem. A ja - przyznam szczerze - nie lubię towarzystwa starych pań gdy asystuję młodym.
Bronka zachichotała.
- A to żulik z Pana Kapitana!...
- No, mój skarbie, potem mię wygderasz, a teraz niech się Pani ubiera, aby się nie spóźnić na bal ostatecznie.
Bronka ubrała się jak mogła najprędzej i najciszej, żeby nie obudzić Mamusi, zadowolona bardzo, że pójdzie z najmilszym bez "plastru przyzwoitości". Oby nie było skrzypu klucza, nie wychodziła przez drzwi lecz przez okno, skąd mimowoli wpadła w objęcia Gajżułłda, który pomógł jej zleźć z framugi. Mamusi nawet sen nie przestrzegł przed niebezpieczeństwem córki, spała głęboko pochrapując z lekka.
 Oni szli we dwoje przez uśpiony sad wonny kwieciem lipowym i tysiącem kwiatów, przy blasku srebrnym księżyca, ramię przy ramieniu. Przez małą bramkę ogrodową weszli do sosnowego lasu, gdzie na skraju przy plaży morskiej stała Jurata, mieszcząca razem: kawiarnię, cukiernię, restaurację i dancing. Ten dom zabaw okolony był werandą z bluszczowemi ścianami, a ściany oddzielające bawialnię od werandy były szklane. Od wschodu wyjście z salonu do boru sosnowego, od zachodu na plażę morską. Teraz przez te szklane ściany szły długie snopy światła. Na sali pośród stolików i wazonów z egzotyczną rośliną kłębiły się pary tańczących. Bronka i Gajżułłd ujrzeli tam wszystkich swoich znajomych z sezonu. Między nimi Adę i Marynię. Ta druga w białej muślinowej sukni, z białemi różami przy koronie złoto-popielatych włosów, szczupła, wysoka o klasycznych rysach i modremi oczyma i kasowała urodą wszystkie panie. Drobna, motylkowata Ada też wyglądała ślicznie w swojej różowej sukience i wielkiemi kokardami po bokach małej główki, ze spadającemi na ramiona lokami. Po Maryni najładniejsza była Amerykanka miedzianowłosa, siostra Staknisowej. A najwspanialsza ze wszystkich dam była Sędzina Ludmiła. Gdyby na tym balu uczestniczyła Rachela Tajcz, mogłaby o pierwszeństwo w piękności współzawodniczyć z Marynią, lecz tej cudnej semitki nie było, po tym balu w kurhauzie zachorowała ze zmartwienia nad asystencją Gajżułłda Bronce.
 Oprócz uczestników tańca było też niemało starszych Pań, które towarzyszyły swoim córkom, inne poprzychodziły dla obserwacji i ploteczek. Inteligencja Polonii litewskiej prawie wszyscy znali jedni drugich jeżeli nie osobiście to z widzenia, dlatego wzajemne było zainteresowanie...
 Gdy zobaczyły Bronkę z Gajżułłdem bez towarzystwa osoby trzeciej, przepłynął wśród tych dam kanapowych szmer szeptów z dołączeniem złośliwych min...Bronka nic sobie z tych szeptów i minek nie robiła, czuła się szczęśliwa i dumna ze swego towarzysza, który jej nie odstępował. Ale był dzisiaj w zupełnie innym nastroju, jakiś chmurny, poważny, milczący. Tańczył tylko z Bronką i pierś przy piersi. W przerwach tańców tylko z nią przechadzał się po sali lub siedzieli razem jak najbliżej siebie. Fundował jej lody, porter i czekoladki, ale widać było po nim, że myślami był od niej daleko. Jak parę tygodni temu asystując Sędzinie i Racheli obserwował ciągle Bronkę, teraz towarzysząc Bronce patrzył wciąż na Marynię pełnemi tęsknoty i bólu oczyma.
 Ona wyczuwała te spojrzenia, dostała drżączki nerwowej i gorączkowych rumieńców. Jej towarzyszył prokurator sądu wojennego kapitan Bataitis, który potem za kilka lat był jakiś czas gubernatorem Kłajpedzkim. Ów Pan Batajtis po Włodzimierzu Gajżułłdzie Kardgirle miał u kobiet największe powodzenie. Od swego rywala różnił się całkowicie, tak w strukturze fizycznej jak i w psychicznej. Gajżułłd był wysmukły, prościutki jak młoda topola, o ruchach żywych, sprężystych. Kapitan Batajtis był wyższy od Gajżułłda, barczysty o trochę sutułowatych plecach z głową nieco w dół, ruchy miał powolne, ciężkie.    Uważano go też za bruneta, a właściwie był szatynem o zielonawo-rudosiwych oczach sceptycznie przymrużonych, które czasami otwierał szeroko, a wtedy były jak grot przenikliwe, uśmiech ironiczno-filuterny, trochę szyderski i szelmowski.Pozornie był bardzo solidny, najlepszej opinii jako obywatel i wojskowy. W gimnazjum był przykładem sztuby i skończył ze złotym medalem, co mu jako sierocie bez ojca i matki dało stypendium uniwersyteckie, gdzie studijował prawo. Dobra opinia, gorliwa nauka i rzetelna praca, to były jego narzędzia do wyższego stanowiska i kariery. A prawdziwym celem jego życia, bodźcem głównym czynów, osią całej istoty - to były kobiety. Podobnie jak Gajżułłd lubił nowości, wrażenia i zmiany.   Ale Gajżułłd nie zamykał całego powabu życia jedynie w kobietach, lubił też namiętnie sport, tańce, awantury, podróże, teatr, kino, polowanie, wojnę, muzykę, śpiew, książki, karty, swego konia i psa. A kapitan Batajtis nie miał innych namiętności oprócz erotycznych. Tą erotyką własną sugestionował kobiety, do których się zbliżał. Na kobietach inteligentnych wrażenie głębsze wyczyniał też swoim nieprzeciętnym intelektem i marzycielstwem, oraz różnił się od innych mężczyzn tą indywidualnością, że w stronie zmysłowej szukał też duszy i serca, nie lubił przelotnych miłostek wulgarnych, żądał od kobiety uczuć głębszych i pokarmu duchowego. Dlatego niewiasty subtelniejsze określały go, że jest interesujący i ma inną indywidualność. Przeciwnikiem też był małżeństw, wolał żony cudze, niż posiadać małżonkę własną.
W Maryni uderzyła go nie ta piękność klasyczna, lecz smutek i zaduma na jej twarzy. Na tym balu postarał się zapoznać z nią i towarzyszył nieodstępnie jak Gajżułłd Bronce.
 Marynia i Bronka zamieniły z sobą ukłony. Ta druga serdecznie z przychylnym uśmiechem. Tamta sztywnie i chłodno. Od pierwszej znajomości z Bronką przez kuzynkę swoją Jadzię poczuła do niej jakąś antypatię. Wydała się jej pustym trzpiotem, pełną finezji i przebiegłości. A Bronce Marynia podobała się, chciała z nią się zbliżyć, zaprzyjaźnić, będąc jedynaczką marzyła zawsze o przyjaciółce, któraby zastąpiła jej siostrę. Ale odepchnięta nieufnością i chłodem, odsunęła się też, z godnością.
- Czy Pani zna bliżej pannę Stargwiłłównę? - Zapytał Gajżułd jakimś dziwnym głosem, gdy zauważył ich wzajemne ukłony.
- Będzie około dwóch tygodni, gdy zapoznała mnie z nią Jadzia.
- Jak ona Pani się podoba?
- Na ile ładna, o tyle dumna i niedostępna.
 Gajżułłd potwierdził jej słowom kiwnięciem głowy z bolesnym półuśmiechem i nie spuszczał oczu z Maryni, która siedziała teraz naprzeciwko niego obok swego towarzysza, prokuratora wojennego kapitana Batajtisa. Unikała ile mogąc spotkania się wzrokiem Gajżułłda, spoglądała bokiem na swego asystenta lub na własne ręce. Bronka zauważyła mętny nastrój najmilszego.
- Czemu Pan dzisiaj taki nie swój jakiś? Nie poznaję wprost Pana pozawczorajszym balu.
- Martwa maszyna żelazna nie zawsze jednakowo dokoła motoru swego się kręci, a co mówić o człowieku - istocie z kośćmi, krwią i duszą.
- I tańczy Pan jakoś machinalnie, bez życia?
- Do tańca lubię naszą orkiestrę wojskową albo symfoniczną. A nie znoszę takich kwilących kilku instrumentów jak tu, bez żadnych trąbek.
- A czy Pan lubi mazura?
- Bardzo. Niestety. Wojskowym władze zabroniły ten taniec w miejscach publicznych jako narodowego tańca polskiego, bo bywały stąd wielkie hece...
- Tu jest bal w charakterze półprywatnym. Właścicielem tego klubu Pan Wojtkiewicz jest Polakiem i damy które Pan tu widzisz prawie wszystkie Polki.
- Taaak!? Świetnie! Będziemy mazurować.
 I w jednej chwili znikł chmurny cień z jego twarzy, oczy zabłysnęły ogniem życia. Podszedł do kapelmistrza - pianisty, który był szlachcicem i polskiej orientacji z nazwiskiem Rodowicz. Położył banknot na pianinie zamawiając natychmiastowego mazura. Pianista - kapelmistrz zagrał ogniście, z brawurą, za nim siedmiu muzykantów uderzyło w swoje instrumenty a tarabanista stuknął z impetem pałeczkami w bęben. Zaczął się mazur. Gajżułłd z Bronką w pierwszej parze. Cała Polonia - młodzi i starzy, wszystkie damy kanapowe, którym nie zabrakło tancerzy ich rówieśników - podnieśli się do mazura. To najulubieńszy był taniec inteligencji polskiej w Litwie.
Prowizor Pacewicz z czarną do piersi brodą, słynny mazurzysta miał dyrygować figurami.
 Wtem do kapelmistrza podszedł jakiś wąsal w ubraniu cywilnym, zapewne urzędnik wyższego stanowiska i huknął całym gardłem do muzykantów.
- Tu nie Polska a Litwa. Precz z mazurem! Grajcie suktinis!
Zdeterminowani muzykanci przerwali muzykę.
- Cóż to?! - Krzyknął Gajżułłd. - Dlaczego przerwaliście muzykę? Dalej! Grać mazura!
- Nie! - Wrzasnął Litwin. - Grać suktinis!
- Mazura!
- Suktinis!
- Mazura! - Huknął jeszcze głośniej Gajżułłd. I oczy jego zaczęły skrzyć zielonym blaskiem.
- Mazura! - Powtórzyli za Gajżułłdem: Prostka, kapitan-Tatar Makałłowicz, kapitan Urbanowicz, lejtnanci starsi Gasztowt i Tranis, prowizor Pacewicz i kilka innych głosów - wojskowych i cywilów-Polaków.
- Mazura! - Zapiszczało za nimi kilkanaście głosów panien - Polek, gdzie dominował dyszkant Ady i alt Bronki.
Muzykanci zagrali znowu mazura. Wąsal krzyczał na cały salon:
- Precz z tańcem polskim! Suktinis grać, suktinis!
I prawą dłonią zaczął bębnić po klawiszach melodię suktinisa, przeszkadzając w ten sposób kapeli.
Gajżułłd skoczył jak żbik na estradę gdzie sadowiła się kapela. Hałaśliwego cywila porwał jedną ręką za kark, drugą za pośladek (jak Skrzetuski Czaplińskiego w trylogii Sienkiewicza) i wyrzucił przez otwarte okno na werandę.
- Marsz głupia gębo do domu jeżeli nie umiesz zachować się przyzwoicie.
- Zażalę się milicji! - Zajęczał pod oknem cywil wąsaty.
- Jeżeli tu przyjdzie milicja, "szwyrnę" tak samo jak ciebie, a ty sam oberwiesz odemnie wtedy szpicrutą choćby na ulicy, gdziebym cię spotkał! - Odpalił Gajżułłd.
Pośród urzędników zrobił się szum w obronie współtowarzysza. Oficerowie najwięksi zawadijacy lub polskiej orientacji zadzwonili w szable.
- Wy skrobipióry, którzy siedzieliście sobie w ciepłych gabinetach przy biurku w tym czasie, gdy my przelewaliśmy krew walcząc o wolność Litwy - chcecie teraz nam dyktaturę swoją narzucać, bałwany! Duposiady!
- Bić się może z nami chcecie, co? Hola! Prosimy! Kto pierwszy w szranki?
Cywile uspokoili się rozumiejąc jasno swoją przegraną w walce z wojskowymi. Tylko jeden student śmielszy odezwał się:
- Litewskie mundury, a duch polomański.
- Jak? Jak on powiedział?! Dawajcie nam zaraz tego głupca! My pokażemy jemu nasze polomaństwo! - Wykrzyknęli Dżuigiras, Tranis i Gasztowt.
Śmiałemu cywilowi udało się zemknąć.
 Zadudnił mazur. Zawirowało 20 par pod ognistą muzyką. Starsi panowie i starsze panie posuwistym krokiem pełnym gracji, młodzież żywo, z hołupcami i skokiem. Płomień w żyłach i żar w duszy  uczuli wszyscy, wykonując ten nasz przepiękny taniec narodowy - najpiękniejszy z wszystkich tańców w świecie (a dziś tak haniebnie przez nasz naród zapomniany wobec murzyńskich dżesów).
 Jednakże mazur ten nietrwał tak jak na prywatnych balach polskich. Większość oficerów i cywilów - Litwinów nie tańczyła, nie chciała mniejszość narażać się na przykrość od władz wojskowych.
- Wąż! -Na zakończenie mazura  zadyrygował czarnobrody prowizor Pacewicz.
Wszystkie pary splotły się ramionami w krzyżowej linii. Przebiegli ognistym mazurowym krokiem dokoła ogromnej sali, z bawialni ten wąż splecionych par wybiegł na werandę, przebiegł dookoła całego pawilonu, po schodach krąg jeszcze długi zrobił się w lesie i powrócił do bawialni.

 Po skończonym mazurze Gajżułłd z Bronką wypili dla ochłody porteru, zjedli lody i wyszli na werandę. On znowu zapadł w jakieś posępne milczenie. Prowadził Bronkę pod ramię chłodny i sztywny.
- Co mu jest? - Myślała Bronka. Zrobiło jej się przykro. Ona go już chyba znudziła swoim towarzystwem. Tak im się nie wiążą tematy. Widać w nim jakiś przymus do całej zabawy dzisiejszej.
- Jestem głupia, banalna. Nie umiem zainteresować rozmową. Nudzi się ze mną, asystuje przez grzeczność, chyba już poraz ostatni? - Markociła się dziewczyna.
 Chodzili po werandzie od strony morza. Noc była cicha, jasna, z pełnią księżycową i bezmiarem gwiazd. Widok mieli na plażę i morze zalane blaskiem księżyca. Gajżułłd patrzał z zachwytem na ten bezkres srebrny wód, ze drgającą, złotą smugą.
- Czy Pani uważa- jakie cudne morze pod tym gwiaździsto-księżycowym baldachimem nocy.
- Och! Tak! Przepiękne!! - Potwierdziła ona machinalnie. Gajżułłd był dla niej piękniejszy i ciekawszy nad wszelkie piękna przyrody. W danej chwili żaden czar natury nie zwracał jej uwagę, myśli i wzrok pochłonięte miała tylko nim.
On mówił półgłosem jakby do siebie:
- Błądzić tak teraz przy tej sennej muzyce fal, wsłuchiwać się w ten szum tajemniczy, upajać się pięknem i ciszą nocy nadmorskiej. To jest rozkosz duchowa, odrębna od innych powabów życia, a taka wielka swym czarem i mocą!...
Bronka słuchała słów jego z zachwytem i smutkiem zarazem.
- Jaka to natura bogata w komplikacje psychiczne - Myślała. - To typ z poematów Szekspira czy Bayrona. On teraz chciałby sam błądzić nad morzem z fermentami ducha swego, a ja mu przeszkadzam.
Nie chciała go krępować i rzekła mu jak najsłodszym głosem.
- Ja widzę, że Pan dziś nastrojony do marzeń i poezji, a nie do balów i tańców. Więc niech się Pan mną nie krępuje. Ja wymknę się stąd nieznacznie do domu. A Pan niech idzie nad morze pieścić istotę swoją pięknem nocy nadmorskiej.
- Gdyby w ten sposób Pani pozbawiłaby mnie swego towarzystwa, wpadłbym w czarną melancholię.
- Ja kocham morze nie mniej jak Pan. I jeszcze milej mnie byłoby spacerować  nad morzem w tę cudowną noc niż tańczyć.
- Poszłaby Pani ze mną teraz na spacer nad morze?
- Bardzo chętnie.
 Odwrócił twarz od morza, swoim zwyczajem skrzyżował ramiona na piersiach i w milczeniu patrzył na Bronkę długo tym ciężkim przenikliwym spojrzeniem. Wreszcie zwęził oczy dziwnie i zapytał cedząc powoli wyrazy:
- A czy Pani się nie boi iść nad morze o północy sam na sam z mężczyzną takiej opinii jak ja?
Bronka bez drgnienia powiek spojrzała mu prosto w jego czarne teraz jak noc listopadowa źrenice, zmrużone zagadkowo.
- Nie, nie boję się. Pomimo tylu gawęd i plotek ja Panu ufam w zupełności. Jestem przekonana, że przy szaleńczym temperamencie Pan jesteś dżentelmenem i człowiekiem szlachetnym, nie zrobisz krzywdy młodej, uczciwej dziewczynie.
 On jeszcze raz popatrzył na nią przeciągle. Coś zadrgało w kącikach jego warg - ironia czy uśmiech (a może tkliwe wzruszenie) i rzekł:
- Idę przynieść szal Pani, swój płaszcz i szablę.
Bronka kilka minut stała sama oparta o filar werandy. Dziwne w tym momencie przeżywała uczucia: słodycz nadziei długiego z nim sam na sam, jakaś żądza czegoś nieokreślonego...Ciekawość, co ta nocna przechadzka we dwoje z tym demonem jej przyniesie - jakie nowe wrażenia? Niewyraźny łopocze w niej lęk, lecz podniecający i luby.
- Jestem ryzykowna - Myślała. - To tak jakby owcy leźć wilkowi w paszczę. Pójdę. Zobaczę, co wyniknie z tego nocnego we dwójkę z mężczyzną - demonem??
Ciepły prąd przebiegł jej ciało i przyśpieszyła tętnica serca. - Co będzie z tego? Co będzie???
 Przyszedł. Otulił ją troskliwie szalem. Ujął pod ramię ciepło, tkliwie i poszli. Za szklaną ścianą pogonił za nimi czyjś wzrok z pobladłej twarzy. To Marynia spoglądała za nimi dopóki jej z oczu nie znikli. Kapela grała walca. Poszła tańczyć ze swym towarzyszem, prokuratorem wojennym Batajtisem. Myślała cały czas o Bronce. On zgubi tę dziewczynę. Dobrze jej tak, niech ma karę za swoje trzpiotostwo i flirciarstwo.  Wie chyba jaki on jest. I ta panna tak napozór szlachetna, wzniosła, wyczułaby prawdziwe zadowolenie, gdyby Gajżułłd zwiódł Bronkę. Piekła ją bolesna zazdrość, dlaczego on tak towarzyszy stale Bronce. Z okrucieństwem rywalki życzyła jej tragicznego zakończenia tego flirtu z Gajżułłdem.
Zniknęcie Bronki i Gajżułłda zauważyły wszystkie damy kanapowe. Trącały w bok jedna drugą i kiwały ze zgorszeniem głową.
 Gajżułłd i Bronka szli dróżką między wydmami, potem plażą i znaleźli się przy morzu. Otoczyła ich gwiaździsta cisza nocna rozełkana szmerem fal. U stóp ich kołysało się morze rozelśnione blaskami gwiazd i księżyca. Orzeźwiający wonny wiaterek pieścił ich włosy, wachlował gorące twarze.
On przystanął na chwilę i wyciągnął jakby z tęsknotą ręce ku morzu deklamując z własnej improwizacji:

O morze przepiękne, morze rozełkane,
Co koisz ducha tęsknotę i żal-
Ucisz istoty mej huragany!
Ukołysz pieśnią sennych swych fal.

- Nie wiedziałam, że Pan wiersze improwizuje.
- Chyba każdy w młodości jest trochę poetą.
- I ja czasami piszę wiersze. Mam już osiem zeszytów. Lubię też układać piosenki z własną kompozycją melodii.
- To ślicznie! Niech Pani zaśpiewa choć jedną piosenkę własnej improwizacji i kompozycji.
Bronka niedała się długo prosić. Głos miała ładny, lubiła bardzo śpiewać i deklamować.
- Zaśpiewam Panu najulubieńszą moją piosenkę, której dałam tytuł Serenada Dziewczęcia.

Na niebios ciemne, gwiaździste sklepienie
Wypłynął księżyc - król cudownych mar
Dokoła cisza nocna i milczenie,
Z wiosenną wonią płynie marzeń czar.

Przed moim domkiem w uroczej dolinie
Zdrojami swemi cicho strumyk gra.
A śpiew słowiczy z wiaterkiem płynie.
Ziemio, jak piękna jest przyroda twa!!

Siądę tu samotna na balkonie
i Patrząc hen! - w tę osrebrzoną dal,
Cichą gitarę wezmę w swoje dłonie
I będę grać przy wtórze sennych fal.

Na drżących strunach kochanej gitary
Będę ja grać miłości cudnej śpiew,
A w rytm mnie zaszumią te drzewa stare.
Popłynie pieśń z wonią kwitnących krzew.

A może On chodzący gdzieś w zadumie
Usłyszy tęskną moję piosnkę tę
I rzewne słowa tej pieśni zrozumie...
Powie mnie: "Jak życie kocham cię!!"

Płyńcie dźwięki strun z wiatru powiewem,
O piosnko mych najmilszych marzeń dzwoń!
Nadziejo ma najsłodsza płyń z tym śpiewem.
Płyń hen! W gwiaździstą, cudną nieba toń.

Gajżułłd słuchał śpiewu Bronki z głębokim wrażeniem.
- Ta dziewczyna ma czar nieprzeciętny. Jest istotą z sercem i duszą - Pomyślał.
I uczuł do niej coś więcej jak sympatię. Dotychczas podobała mu się bardziej od innych swoją postacią zewnętrzną. Teraz zainteresował się i jej wewnętrzną istotą. Wydała mu się jakąś bliską jego natury, jego duszy. Uniósł do ust obie jej ręce i pokrył serdecznemi pocałunkami.
- Dziękuję Pani! Dziękuję bardzo! Panna Bronisława nie wyobraża sobie jaką przyjemność zrobiła mnie tym śpiewem prześlicznym. Teraz Panią naprawdę lubię. Pani jest nietuzinkowa. Dla inteligentnego mężczyzny Pani może być nie tylko kochanką lecz przyjacielem, powiernicą. Twoje towarzystwo daje radość, ukojenie, jakieś ciepło, spokój. Od dzisiejszego wieczoru jestem Pani przyjacielem.
- A ja całym sercem jestem przyjaciółką Pana.
Przycisnął ją gorąco do piersi i złożył na jej ustach długi pocałunek.
- To pocałunek braterski, czy zgadza się Pani być ze mną na ty?
- Owszem! Bardzo miło!
 Otoczył ją ramieniem i szli tak dalej w srebrną dal, brzegiem wód, przy pieśni morskich fal. Nagle ukłuło go coś w duszy.
- A kto jest ten "On" chodzący  "w zadumie", o którym śpiewasz w swojej piosence?
- Moje marzenie.
- Przecież kilka razy byłaś już zaręczona?
- Tak. Ale żadnego nie kochałam z tych narzeczonych. Nawet nie pocałowałam się. A skąd ty wiesz już o tym?
- W Połądze życiorysy ciekawszych osóbek nie ukryją się. A dlaczego się zaręczyłaś nie kochając?
- Warunki materialne zmuszają do tego. Żeby ratować majątek potrzebny moim rodzicom jest zięć; jako jedynaczka muszę zrobić tę ofiarę z siebie, żeby zabezpieczyć starość rodziców i utrzymać rodzinne gniazdo.
- Może i mnie uważasz za kandydata do ręki?
- Nawet i nie pomyślałam o tym. Wiem że jestem dla ciebie za biedna i za mało piękna, żeby twoją być żoną. Moje uczucie ku tobie całkiem bezinteresowne. Jesteś mężczyzną którego w marzeniach swoich kochałam od wielu lat. Ty zrealizowałeś moje sny fantastyczne.
On słuchał jej słów, myśląc:
- Gdyby nie  Marynia pokochałbym gorąco tę dziewczynę. Taka miła, szczera, inteligentna, pełna wdzięku i śliczna.
Po chwili milczenia zapytał niespodzianie:
- Powiedz mniej więcej- jakie gawędy krążą o mnie, które wspomniałaś na werandzie?
- Dobrze, powiem ci główne treści. - I otwarcie powtórzyła jemu w skrócie ploteczki o nim słyszane.
Nie przerywał ani słowem. Gdy ten temat skończyła, zapytał:
- I to już wszystko?
- To, co najgorsze, wszystko.
Oczy jego zmrużyły się zagadkowo, a usta rozchylił uśmiech tajemniczy.
- A więc... ludzie mniej mówią o mnie niżby powiedzieć mogli...
Bronka spojrzała na niego ze zdziwieniem i ciekawością.
- To mało jeszcze!?
Uśmiechnął się iście po diabelsku.
- Mało, wobec ogólnej ilości tematów...
 Zapadło milczenie. Chcąc to milczenie przerwać Bronka odezwała się:
- Ja tobie zaśpiewałam piosenkę mojej improwizacji, a ty zaśpiewaj swoją. Naprzykład, ten śpiew, który śpiewałeś na stole w kurhauzie. Bardzo mnie się podobał.
Zaśpiewał ten śpiew od początku do końca pełnym głosem. Jego dźwięczny, miękki baryton niósł się w tej ciszy nocnej z powiewem wiatru i szumem fal.
- To śpiew anarchistów, prawda?
- Jak ty rozumiesz słowo "anarchista"?
- Tak rozumiem jaka treść twego śpiewu.
Gajżułłd roześmiał się. Nie rozumiesz, koteczku. Swoboda myśli i czynów, to nie jest anarchia, tylko wolność człowieka, która od czasów jak skończyła się era pierwotna jest stale ujarzmiona: przez imperializm, różne przesądy, konwenansy, księży, kapitał i niedolę.
 - A jak zdobyć tę wolność?
- Przez nowe prądy ludzkiej myśli i światową rewolucję.
- Widocznie bolszewik - Pomyślała Bronka. Ona polityki nie lubiła. Przejęta zasadami kasty ziemiańskiej do której należała była do bolszewizmu niechętnie usposobiona, a nie chcąc swemi poglądami zniechęcić do siebie dyskusją najmilszego, odwróciła temat na inne tory. Teraz skierowali przechadzkę swoją do parku pałacowego i znaleźli się na wzgórzu niższej Biruty, skąd roztaczał się widok na morze, w całej wspaniałości. Usiedli na ławkę pod szpalerem drzew.
 Gajżułłd deklamował Bronce urywki z tekstów poezji Puszkina, oraz litewskiego poety Maironisa, skończył na wierszach naszego Słowackiego. Wreszcie zaśpiewał miłosne dumki rosyjskie z takim uczuciem i tęsknotą jak amant operowy na scenie. Prosił Bronkę o piosenki własnej improwizacji. Z radością i wzruszeniem spełniła tę prośbę.
 Mrok nocy rzednąć zaczął. Księżyc coraz niżej skłaniał się nad morzem, gwiazdy bladły. Bronka uczuła przedporankowy chłód, gdyż tylko szal włóczkowy miała na sukience balowej. Dreszcz ją wstrząsnął raz i drugi.
On położył dłoń na jej ręce.
- Czy ci  nie zimno, kochanie?
- Nie mam płaszcza, a poranek chłodny. Chociaż tak na tu miło pójdziemy chyba do naszych mieszkań.
-  Byłoby ciekawie zobaczyć zachód księżyca, jak zapada w morską toń. Utulę ciebie żeby nie było zimno.
 To mówiąc podniósł ją z ławki i posadził na kolanach, otulając ramionami i płaszczem. Bronka zrobiła ruch żeby się uwolnić z tego objęcia. On ją przytulił do piersi łagodnie i silnie.
- Nie bój się malutka, nie zrobię ci krzywdy. Utuliłem żebyś mi nie zziębła.
Jej tak było błogo w tych gorących ramionach i pod tym ciemnym płaszczem. On pochylił głowę nad jej twarzą.
- Ja grzeję ciebie, ty grzej mnie. Ramiona swe zarzuć na moją szyję jak siostra bratu.
Bezwolnie wykonała tą prośbę, a głowę przytuliła do jego ramienia.
- O tak! Tak! Jak dobrze! Jak miło!...Teraz będziemy odpoczywali we dwoje.
 I kołysząc ją na kolanach jak matka usypiającą dziecinę śpiewał przyciszonym głosem z własnej improwizacji, pod melodią tej jednej z najpiękniejszych w świecie kołysanki ruskiej "Bajuszki baju".
Śpij najdroższa ma dziecino
Luli-luli-lu
Śpij przy piersi mej jedyna
Luli-luli-lu.
 Świtało gdy opuścili ławkę i ruszyli do mieszkań swoich. Bronka czuła dziwną ociężałość w całym ciele. On zauważył te senne jej ruchy. Wziął ją na ręce, okrył znowu płaszczem i tak niósł prawie pół drogi. Gdy postawił ją na ziemię, otoczył ramieniem i tak przytuleni do siebie szli oboje pod jednym okryci płaszczem, alejami parku osnutemi różowym brzaskiem świtu.
- Dżari, przecież przyjdziesz dzisiaj do mnie - Pytała Bronka tuląc się do niego.
On drgnął nerwowo.
- Skąd wiesz o tym zdrobniałym moim imieniu?
- Przecież jesteś półgruzinem. Po gruzińsku Włodzimierz - Wadżari, więc w skrócie Dżari.
- Tego zdrobnienia mego imienia na "Dżari" nie lubię, bo mi przypomina jedną osóbkę, którą chciałbym z mego życia wykreślić...
- Szkoda! To tak ładnie brzmi i oryginalnie. Dżari! Dżari! Ale jeżeli ci przykro, zdrobnię inaczej. Będę cię nazywała Dżemi, to też pasuje do imienia Włodzimierz.
- "Dżemi"? No bardzo miło i też oryginalnie. Przytem całkiem nowe, nikt dotychczas tak mię nie nazywał. A jak mam ciebie nazywać zdrobniale?
- Zostawiam to twojej własnej pomysłowości.
- Nie lubię zdrobniania tylko skróty, tak ładnie brzmi Bronka, Broncia, Broneczka.
- Więc nazywaj tak, jak ci najwygodniej i najprzyjemniej.
Zbliżali się już do miasteczka.
- Dżemi, o której godzinie mam ciebie czekać?
- Nie przyjdę dzisiaj.
- Mnie będzie bardzo smutno.
- To ten smutek staraj się usunąć od siebie jakąś inną radością, których tyle nam daje młodość i życie.
- A kiedy przyjdziesz, Dżemi?
- Będę się starał aby odwiedziny moje były możliwie najrzadsze.
Bronkę zabolała bardzo taka obietnica.
- Chyba nudnym jest dla ciebie moje towarzystwo?
- Przeciwnie. Jesteś mi przemiła, ponętna i urocza. Mógłbym cię nawet pokochać.
- Więc z jakiej przyczyny chcesz ograniczać nasze spotkania?
- Obawiam się urazić ciebie szczerą odpowiedzią...
- Przecież zawarliśmy układ przyjaźni. Przyjaciele muszą zawsze być między sobą szczerzy.
- Wobec tego powiem otwarcie. Za silne wrażenie robisz na mnie, Broneczko; z tego powodu muszę unikać częstego obcowania z tobą.
- A to dlaczego! Nowa zagadka.
- Czyż nie możesz domyślić się przy swej inteligencji?
- Zagadka zbyt zawiła do rozwiązania...
Milczał chwilę, potem mówił z wolna, zniżonym do szeotu głosem:
- Ja jestem namiętny mężczyzna i nie lubię opanowywać swoje impulsa seksualne. Jeżeli kobieta pociąga moje zmysły, muszę ją posiąść. Nawet gdy spotykam opór, bez ceremonii pokonywam jego...A przecież jesteś "dziewic i panna uczciwa" - panna z "towarzystwa" z pokoleniowej inteligencji...Celem twoim (jak zresztą wszystkich panien na wydaniu) jest zamążpójście za sobie odpowiedniego - z tej samej sfery, ziemiańskiej kultury i ziemiańskich zasad. Nie mogę więc pozbawić ciebie szacunku twego przyszłego małżonka, któryby nigdy nie przebaczył swojej żonie, gdyby ją znalazł bez "wianeczka". To pragnienie mężczyzny, żeby on był pierwszym przełamcą dziewictwa swojej żony, jest ogólną cechą nas wszystkich. Ja jestem łajdak, ale też nie darowałbym nigdy małżonce, gdyby przedemną posiadał ją inny. - Dalibóg! - Rozstałby się natychmiast po pierwszej nocy, poślubnej, gdybym takie zrobił odkrycie. Teraz chyba rozumiesz, dlaczego unikać muszę częstych z tobą spotkań?...
Bronka poczerwieniała jak wiśnia na taką otwartą odpowiedź. Spuściła rzęsy.
- Nie zupełnie rozumiem...
- A co jeszcze w tej kwestii jest tobie mglistem?
- A to: wyraziłeś się iż podobam ci się, że mógłbyś mnie pokochać. Przecież oboje jesteśmy wolni, z jednej sfery, tej samej kultury, przeszkód dla nas nie ma, żeby...
Urwała zażenowana swoją śmiałością, ale chciała konkretnie wiedzieć co on odpowie.
Gajżułłd dokończył, maskując poważną miną wewnętrzny śmiech, który w nim teraz się zbierał.
- Przeszkód żadnych nie ma żeby nam ksiądz zaśpiewał "Veni Creator", prawda? Niestety! Do małżeństwa nie czuję jeszcze żadnych aspiracji. Od miesiąca kwietnia roku bieżącego mam dopiero 23 lata. Nie będę tak wcześnie zakuwał się w jarzmo małżeńskie. W ogóle jestem przeciwnikiem małżeństw. Nie znoszę tej prozy codziennej życia małżeńskiego, tej monotonności dnia powszedniego, tej ciąży, tych rodów (kobieta ciężarna wzbudza we mnie szczególną abominację) tych wrzasków dzieci, tego stałego współżycia z jedną i tą samą kobietą; patrzeć jak ona w moich oczach brzydnie, starzeje, chlapnie - fuj!! Miłość powinna być zawsze świeża, zawsze nowa, z żarem krwi i szałem zmysłów. Wtedy daje największą rozkosz, unosi w poezję, promienieje szczęściem. Małżeństwo to taka monotonia, taka szarość, taka proza! Żenić się trzeba wtedy tylko, gdy człowiek przejdzie fermenty młodości - słowem nasyci się życiem, światem, miłością. Ożenić się w tym celu, żeby nie mieć samotnej starości i pozostawić po sobie legalne pokolenie swojej krwi...
 Już stanęli przed sztachetami ogródków Domku Mickiewicza. Tam ukryta wśród kwiatów i oparta o ścianę pod oknem stała hawajska gitara, oczekując swego właściciela.
 Gajżułłd serdecznie pożegnał Bronkę, podniósł ją do framugi okna, żeby dopomóc wejść tędy do mieszkania i zniknął wśród drzew ze swoją hawajską gitarą pod płaszczem. Gdy wyszedł z sadu i znalazł się w lesie, uderzył w struny i szedł do swego mieszkania sąd o 300 metrów, śpiewając pełnym głosem przy akompaniamencie gitary.

Miłość! Miłość! Ach, to życie!
To największy czar!
Wywołuje serca bicie
Wznieca rozkosz, żar!...

 Mamusia usłyszała szelest w oknie, bo już przeszedł jej pierwszy, najsilniejszy sen. Otworzyła oczy i ujrzała córkę w balowej sukni przy oknie.
- A ty co robisz? - Zapytała przestraszonym głosem.
- Nic, Mamusiu. Powróciłam teraz z balu.
- Ty byłaś na balu!? Jakim sposobem?!
- Gdy Mamusia spała przyszedł Gajżułłd pod okno z hawajską gitarą, zaśpiewał hiszpańską serenadę miłości i zabrał mnie na bal, do Juraty.
- Ty! Ty! W nocy z łóżka poszłaś sam na sam na bal publiczny z tym awanturnikiem i teraz porankiem wracasz!? Tfu! To coś niesłychanego!! Taki nietakt, takie trzpiotostwo, taka lekkomyślność!...
- Przecież... - Bronka zamknęła pocałunkiem usta oburzonej Mamusi.
- Niech się Mamusia nie gniewa, nie denerwuje, nie psuje mnie wspomnień momentu prawdziwego szczęścia. Nic przecież złego się nie stało. Cnotę mam w całości. On tylko jeden raz mnie pocałował, chociaż trzy godziny byliśmy sam na sam.
- Trzy godziny sam na sam wśród nocy i pozwoliłaś się pocałować!!! Ładnie się sprawujesz - nie ma co i mówić!...
- Mamusiu, to była nasza pierwsza i chyba ostatnia przechadzka we dwoje. Zapowiedział, że już więcej nie będzie mnie asystował. - Mówiła smutnym głosem Bronka.
- Dlaczego?
- Nie przyznaje żeniaczki, przeciwnikiem jest małżeństw. A wie iż moim celem i potrzebą materialną jest zamążpójście, więc nie chce mieć mnie na sumieniu, albowiem jego spotkania ze mną są "niebezpieczeństwem dla mojej cnoty dziewiczej" - jak sam się wyraził. A w uczuciach on nie lubi powściągliwości ani hamowania...Czy Mamusia rozumie?
- Łajdak! - Rzuciła z oburzeniem Mamusia.
 Bronka westchnęła i zaczęła powoli się rozbierać, łapiąc uchem jego śpiew o miłości, który przez okno otwarte wyraźnie dolatywał do jej słuchu.
- Kto się tak drze o tej porze - Zapytała Mamusia.
- To On. Idzie do swojej willi i śpiewa "Miłość, miłość! Ach, to życie!"
- Wariat - Mruknęła Pani Joanna.
Bronka westchnęła po raz wtóry i schowała się pod kołdrą.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Rozdział XII Spowiedź Maryni

 Na stoliku przykrytym białą serwetą z płótna domowego huczał wesoło prymus. Marynia nucąc tęskną piosenkę baczyła na rondelek z mlekiem. Ada uwijała się koło zakąski: postawiła dwa kubki, talerzyki, włożyła masła do maselniczki, nakroiła szynki, kiełbasy, chleba, sera holenderskiego, kilka bułeczek. Z wyjątkiem bułek i chleba, to wszystko były zapasy z dworu Stargwiłłowa. Mleko zakipiało i Marynia weń wlała kakao w ubitych z cukrem żółtkach.
 Teraz zasiadły obie przy stoliku do wieczornego posiłku. Ada popatrzyła na kuzynkę uważnie. Była dziwnie zmieniona: jeszcze bledsza niż zwykle, a pod oczyma rysowały się powiększone obwódki.
- Czy ci niezdrowo, Maryniu? Coś bardzo nie wyglądasz po wczorajszym balu.
 Marynia zarumieniła się lekko.
- Głowa mię trochę boli - I żeby odwrócić od siebie uwagę zagadnęła, smarując chleb masłem:
- Więc ty naprawdę decydujesz się wyjść za mąż za lotnika Rudejkisa?
- Doprawdy Maśka, jesteś pocieszna! Już dzisiaj poraz trzeci zadajesz mnie to samo pytanie.
- Bo coś tak nie do wiary, żebyś ty i Rudejkis bylibyście małżonkami...
- A to dlaczego? Czyż Piotr nie przedstawia dobrej partii? Ma tylko 27 lat a jest już kapitanem awiacji. Człowiek zdolny w swoim fachu, na drodze do kariery. W litewskim wojsku oficerowie piloci mają najlepsze pobory.
- Ale ty i on - takie kontrasty! Tyś taka wykwintna, pełna życia i wdzięku. A on... Określić go można krótko: żywy kloc. Czyż ty mogłaś w nim się zakochać?
- A po cóż miłość potrzebna w małżeństwie? Kobieta która wychodzi za mąż powinna przedewszystkiem na to zwrócić uwagę, żeby mąż był filarem jej bytu, podporą materialną, wykonawcą jej potrzeb i zachcianek. Miłość niech tylko mąż ma dla żony i to jest kobiecie wystarczającym. Żona zakochana w mężu staje się jego niewolnicą, a co jest smutniejszym nad niewolę! Jeżeli zaś kobieta męża nie kocha, posiadając za to jego serce, wtedy ona jest panią domu, a mąż jej wiernym i posłusznym sługą.
Marynia oburzyła się.
- Co ty pleciesz, Ado! Czyż kobieta szlachetna i młoda może widzieć szczęście małżeńskie tylko w dobrobycie i panowaniu nad mężem!? Miłość to największy czar życia i osią całej przyrody. Kobietę młodą, subtelną i zdrową otoczyć choćby największym zbytkiem lecz pozbawić miłości, to tak jakby niewidomego zawieźć do pięknej krainy, której on widzieć nie może.
Ada zachichotała.
- Jak Bozię kocham! Gdy słucham twoich wywodów mam wrażenie, że rozmawiam z osóbką zmartwychwstałą z romantyzmu. Co za mrzonki sentymentalne! Tylko o dwa lata jesteś ode mnie młodsza, a co za różnica w trzeźwości sądów. Kto szuka tego "czaru miłości"  w małżeństwie. Praktyczni rozsądni ludzie dążąc do ołtarza dawno zdmuchali za sobą "te czary" o których mówisz tak gorąco. Bywają czasami młodiz zapaleńcy co w uniesieniu szału pobiorą się niby z miłości i mamy tysiące przykładów, że takie małżeństwa przeważnie są nieszczęśliwe. Byleby nie mieć wstrętu fizycznego do męża, inne uczucia są zbyteczne.
Marynia zamyśliła się. Po chwili rzekła:
- Moim zdaniem miłość niepotrzebna w małżeństwie tylko starzejącym ludziom: kobietom które przekroczyły trzydziestkę, a mężczyznom po czterdziestce. Tacy już przeszli fazy miłości i wystarczającym dla nich szacunek i przyjaźń. Ale ty masz przecież tylko 23 lata - jak możesz odważyć się wyjść  za mąż za człowieka którego nie kochasz?! Dla którego nawet przyjaźni większej nie masz. Chociaż on otoczy ciebie dostatkiem, którego brak ci teraz wielki nie będziesz zadowolona  z życia, bo szczęście kobiecie daje tylko miłość, a ty ją zniweczysz na zawsze.
- Przecież mąż nie wywiezie mnie na bezludną wyspę, przeciwnie, będziemy mieszkali w najbardziej ożywionym środowisku litewskim - w Kownie, w stolicy. W tym roku Piotra wysyłają ze stypendium wojskowym do Italii na wyższe kursy lotnicze. Oczywiście pojadę z nim razem. A lato będziemy spędzali w Połądze, bo tu od roku następnego powstanie aerodrom letni. Wobec tego - czyż mało będzie znajomości z ciekawymi chłopcami...
- Tym gorzej...Tym większa tragedia: pokochać innego mężczyznę, gdy się jest skutą więzami przysięgi z niekochanym człowiekiem.
- Jakąż te więzy mogą być przeszkodą w miłości?
Marynia spuściła oczy i targała końce chusteczki do nosa.
- No przecież...jeżeli ci się będzie ktoś podobał bardzo...to jest, zakochasz się...Zechcesz z nim bliższej przyjaźni...romansować...A tu niewolno, bo masz męża.
- To cóż? Będę tak romansować, żeby mąż nie wiedział.
- Co za herezje pleciesz znowu i ani rumienisz się nawet!
- Chichichi! A cóż ty myślałaś, słodkie, naiwne dziecię lasów i pól, że kobiety które wychodzą za mąż  zamykają się od świata w ramach swego nowego ogniska i pędzą życie wiernej Penelopy? Chichichi! Chyba z księżyca spadłaś. Przeciwnie, mężatkom tylko otwierają się podwoje do swobody uczuć. Panna jest skrępowana przesądami...A mężatka pod żaglem małżonka może bujać dowoli na falach miłości...
- Ado, czyżbyś ty i myślała tak jak mówisz? Przecież to przeciw moralności, grzech!...
- Jeżeli zapatrywać się na życie z punktu religijnego, to grzech człowiek popełnia w każdym momencie swego istnienia.  Bojąc się grzechów i chcąc je unikać, trzeba stać się pustelnikiem w jakiejś nieprzebytej puszczy, lub zamurować się w skale jak asceci rosyjscy w podziemiach kijowskich. A co do moralności to pojęcie bardzo rozciągłe dla ludzi rozsądnych i trzeźwych. Naprzykład, co ty nazywasz moralnością?
- Patrzę na moralność pod tym kątem widzenia, jak nasze matki i babki.
- Ależ Maśka! Toć śmiesznym jest nawet -nam córom 20 wieku opierać nasze zasady jedynie na zapleśniałych poglądach prababek naszych. Te kodeksy cnoty starych tradycji nie można nazwać gruntem moralnym, raczej to jest forma przyzwoitości. Z okresów przedwojennych rozpróżniaczone kobiety z burżuazji tak samo jak i teraźniejsze były w większości wyuzdane i niezachowujące wierności małżeńskiej, ale przestępstwa swoje ukrywały dyskretnie. Dziś demoralizacja bynajmniej nie jest większa, niż dawniej, tylko wyszła z ram obłudy. Za przykładem Rosji Radzieckiej zrzuca teraz z siebie te zasłony pozornej cnoty, obnażając otwarcie nagość swoich uczuć intymnych...
- Teraz ja cię nie rozumiem, jaka treść twoich sofizmatów? Dajesz mi jakby do zrozumienia, że zasad moralności nie uznajesz?
- Wcale ja nie mówię, że zasad moralności nie uznaję, ale mam na to własne swoje poglądy.
- Więc jakie te poglądy twoje?
- Ja nie przyznaję moralności tak kodeksowej jak i biblijnej. Mam moje własne przekonania, zasadnicze, gdzie decydują sumienie i honor. Za rozpustę uważam oddawanie się bez uczuć silniejszych, przechodząc od jednego mężczyzny do drugiego, lub handel ciałem dla zysku... Ohydnie jest najmować sobie płatnych kochanków itp. Lecz jeśli romans jest na podłożu prawdziwej miłości, przestaje być rozpustą, jeno naturalnym zadowolnieniem uczuć. I nie wyłączam z tego mężatek jeżeli pokocha innego mężczyznę więcej jak swego męża. Kobieta jest w społeczeństwie upośledzona i skrępowana tak, jakby innym była człowiekiem, a nie taką samą ludzką istotą jak mężczyzna. Oni pełną garścią zrywają uczuć kwiaty i póki się ożenią, każdy z nich do dna czarę rozkoszy wychylił. Za kawalerskich czasów spopielają gorętsze swe siły, zachowując przyszłej małżonce tylko resztki. A czy kobieta młoda i zdrowa, która uczciwą była dziewczyną i strona zmysłowa wybucha u niej dopiero po ślubie, może zadowolnić się wtedy temi resztkami zblazowanego męża, co?
- No chyba, że nie...
- A, widzisz! Dlatego nie uważam za przestępstwo nie być wierną żoną. Wtedy tylko można będzie trzymać się solidnie przepisów moralności jeżeli one będą zasadą ogólną - tak dla kobiet jak i dla mężczyzn. Nie tak jak dziś, gdy mężczyźni od lat 12 dogadzają sobie płciowym popędom i uważają sobie za chlubę wielką ilość romansów, a my panny nawet pocałunku musimy unikać. Dla tych niegodziwców tyle poświęcenia!...I jeszcze przez całe życie wierną być jednemu - czy on się podoba czy nie - niech licho bierze taki los kobietom dany!!
 Marynia słuchała słów Ady z niesmakiem. Ta wesoła kuzynka wychowana w Peterburgu (Leningrad), która z Rosji przedrewolucyjnej przywiozła z sobą całkiem nowe poglądy raziła ją swemi luźnemi zasadami. Ona lata życia swego spędziła w starym rodzinnym dworze, w którym zachowała się jeszcze atmosfera dawnych tradycji i cnót szlachty litewskiej. Cisza wiejska i piękno przyrody wyidealizowały duszę młodego dziewczęcia. Z Adą były dwa przeciwne bieguny. Mimo to lubiły się wzajemnie.  Ada kochała Marynię za jej dobroć i łagodność, a Marynia lubiła kuzynkę za jej żywość, otwartość i zawsze pogodne usposobienie. Teraz rzekła jej z przekornym uśmieszkiem.
- Słowem, musisz pogodzić się ze mną, Ado, że miłość jest powabem życia i dąży do niej każda kobieta. Czyż wobec tego nie lepiej wybrać męża którego mogłabyś kochać, niż poświęcić się tylko dla bytu i wiarołomną być żoną.
Ada westchnęła smutnie.
- Gdybym ja była taką jak ty, córką zamożnego ziemianina i w przyszłości dziedziczką dworu, siedziałabym sobie z książką czy robótką i oczekiwała zaklętego rycerza z krainy marzeń. Ale dziś, gdy ze swej dziupli na Zielonej Górze (tak się nazywa jedna górska dzielnica w Kownie) musze codziennie po kilka razy chlapać po błocie i to często w dziurawych bucikach chodząc do krnąbrnych dzieci od jednych do drugich z lekcjami francuskiego lub niemieckiego języka, kładąc w ciasne łby  jak łopatą, a przytem uważać na miny kapryśnych "mamusiek", i to wszystko za marne wynagrodzenie - w takich warunkach to się nie marzy o mężu-kochanku jeno o mężu-filarze.
- Tyś taka młoda, Ado! A ze swoją drobną postacią wyglądasz na lat 17. Masz czas... Może zdarzy się tobie ktoś odpowiedniejszy od Rudejkisa.
- Czekając na "może" straci się pewnik... W następnym roku wujaszek nie wyśle mię z tobą do Połągi na swój koszt. A w Kownie polować na męża brak czasu i okazji. Na połów taki najodpowiedniejszy jest kurort: odpoczynek sezonowy, piękna dekoracja natury i muzyka nastrajają człowieka romantycznie i prędzej w nim się budzi nastrój do miłości. W tym celu i ja skorzystałam z dobroci twego ojczulka - jestem w tej czarującej Połądze. No i dzięki litościwemu Stwórcy cel ten osiągnęłam. Będę z tobą zanim wyjedziesz. Piotruś przez ten czas przygotuje indult i paszport mnie zagraniczny, abym po ślubie mogła z mężem jechać do Italii. Z Połągi do Kowna pojadę na ślub. Ciebie zapraszam na druhnę. Wesela nie będzie, ślub cichy i kilka osób z najbliższej rodziny.
I Ada z radosnym błyskiem w piwnych oczach okręciła się parę razy walcowym krokiem dokoła stolika.
- Więc za miesiąc i kilkanaście dni już będziesz mężatką?! - Z pewnym żalem w głosie zdziwiła się Marynia. Szkoda jej było przyjaciółki, którą uważała za straconą sobie, gdy będzie miała męża.
- A po co czekać? "Kuć żelazo póki gorące"
Marynia odeszła od stolika i wyjrzała przez otwarte okno, opierając się o framugę. Już słońce zaszło. Niebo różowiło się łuną wieczornej zorzy, a szmaragdowy park powoli osnuwał cień liliowy. Po szerokiej alei między gazonami kwiatów przesuwały się pary i grupki. Cisza i spokój dokoła, tylko dolatywał tęksny szum morza. Marynia patrzyła przed siebie zamyślona, a ucisk jakiś dławił jej piersi. Łkało coś w duszy... Skarga jakaś, żal, tęsknota...Pełzał gdzieś w głębi istoty zagadkowy niepokój...Gięła się pod ciężarem tego dziwnego przygnębienia...Westchnęła głęboko, boleśnie.
Ada sprzątnęła ze stołu i stanęła obok Maryni otaczając ją ramieniem. Patrzyła w jej twarz powleczoną melancholijną zadumą.
- Maśko moja! - Rzekła całując ją w twarz. - Kochane biedactwo! Oczęta modre takie smutne, buziak znudzony. Ciebie coś dolega, Koteczko? Wiesz, idźmy się przejść - taki śliczny wieczór!
Marynia zmrużyła oczy, co wskazywało niechęć jej do propozycji. Ona pragnęła teraz samotności. Męczyło ją w danej chwili towarzystwo wiecznie rozterkotanej kuzynki. Niechby sobie poszła jedna, a ją chociaż na godzinę zostawiła samą.
- Jestem zmęczona pozowaniem  do obrazu Turwidowi. Chyba stałam dwie godziny. Mam zamiar zaraz się położyć.
- Maśka, nie bądźże dla miłości Pana Boga staruszką! Pamiętaj że jesteś na sezonie, trzeba wykorzystać każdą chwilę. Nasiedzisz się i wyśpisz w Stargwiłłowie. Teraz przyjechała do sanatorium nowa grupa oficerów. Ci prawie wszyscy są młodzi i kawalerowie. Jutro będzie bal dla inteligencji w Juracie. Przecież i my pójdziemy. Trzeba upatrzyć nam sobie asystentów, żeby nie triumfowały Bronka i Jadzia nad nami, więc zawczasu musimy zwrócić na siebie uwagę... Wczoraj wpadli mnie w oko ci trzej kawalerzyści, ale nie chciałam drażnić Piotra. Litwinowi uchybienie wielkie jeżeli panna której on poważnie asystuje zwróci uwagę na innego mężczyznę. Teraz po jego wyjeździe mam zupełną swobodę. A ten czarny huzar taki śliczny, taki efektowny! I z wielkim widać temperamentem. Wczorajszego wieczoru pożerała go Bronka. Nieodstępnie jej asystował, szampan u jej nóg rozbijał, dwa razy fundę robił i do domu odprowadził. Trudno mnie z nią rywalizować bo po tobie ona tu najładniejsza i widać bardzo w męskim guście. Pal ją sześć i tego kapitana! Niech się tam pochłoną oni wzajemnie! Znajdziemy sobie też satelitów. Ja wolę blondynów jasnych. Tamten ułan, który z z tym Gajżułłdem kompanii dotrzymywał to mój typ, ale zainteresował się zapalczywie tamtą młodą Amerykanką. Jeszcze kilku innych widziałam wcale niczego chłopców. Pięknych mężczyzn nie lubię, bo są zarozumiali, zuchwali. No, idziemy!
Zarzuciła energicznie na ramiona Maryni jej białe włóczkowe palto z króliczym kołnierzem, pomagając jej się ubrać. Wzięła ją pod ramię i poszły.
- Wiesz, pójdziemy mimo sanatorium. Chociaż tam orkiestra nie gra, po 19-ej oficerów można spotkać.
Mignęła przed Marynią matowo-śniada twarz z demonicznymi oczami...Silna uderzyła ją tęsknota za ujrzeniem tej twarzy i jednocześnie ozwał się znów ten bolesny niepokój.
Szła obok Ady automatycznie, słuchając machinalnie jej nieskończonej gadaniny. Rzadko które słowa wesołej terkotki odbiły się w uszach zadumanej dziewczyny, a cały potok wymowy pozostawał bez odpowiedzi. Ada przyzwyczaiła się do milczącego usposobienia kuzynki. Nieobrażała się na nią ani zwracała uwagę na brak odpowiedzi. Lubiła dużo mówić i dogadzała sobie w tej przyjemności. Była przekonana, że Marynia wszystko słyszy, tylko przez "flegmę i mrukliwość litewską" leni się jej odpowiadać. Teraz Ada miała temat nieskończony: Rudejkis. O jego "bezgranicznym" przywiązaniu, dzisiejszym pożegnaniu, wczorajszym balu itp.
- Boleję tylko nad tym - trzepała - że zostawszy Piotra żoną będę musiała nauczyć się litewskiego języka, który trudniejszym mi się wydaje niż chiński, a dzikszy od dialektu malajskiego. Przecież trzeci rok jestem w Litwie, uczyłam się litewskiej mowy w Kownie, a nie mogę ani kilka słów złożyć, chociaż dość dużo rozumiem.
Doszły do sanatorium. Orkiestra już nie grała, bo było po godz. 20 i nie spotkały tu żadnego osobnika choć trochę godniejszego uwagi. Skierowały się na Aleję Biruty, stamtąd do Basanowicza i podążyły tędy do mola.
- Czy i na pomoście będzie takie nasze szczęście? - Mruknęła Ada, że nie udało się spotkać żadnego oficera.
- Jednakże - Mówiła znów po krótkiej pauzie gadulstwa swym sopranowym głosikiem - ta Połąga to dziura. Nie widać tu żadnej młodzieży ciekawszej, prócz wojskowych. I nie zobaczysz ich w salonie więcej jak kilkunastu, a ta garstka tak oblężona kobietami, że trzeba kolejkę naznaczyć do każdego munduru z gwiazdką.
Weszły na molo. Morze kołysało się sennie, porysowane tęczą kolorów wieczornej zorzy, gasnącej powoli na seladynach nieba. Wieczorami tu najwięcej było spacerowiczów, spotkały też kilku  oficerów nowoprzybyłych do sanatorium na wczasy.
Wracały plażą i wyszły na ulicę Kiejstuta.
-Ech! Jakiż tu nieporządek! Żeby nie było z ulic do plaży chodników przez te piachy! - Biedowała Ada wytrząsając piasek ze swoich płóciennych pantofli.
Przechodziły mimo dużej z czerwonej cegły willi otoczonej niebotycznemi sosnami. Nad werandą napis: "Kavinė Šypsena" (kawiarnia Uśmiech). Płynęły z tej kawiarni muzyka skrzypiec przy akompaniamencie fortepianu. 
- Maśka, może zajdziemy do kawiarni posłuchać muzyki?
 Marynia kochała muzykę. I ona była muzykalną, grała na fortepianie. Chętnie przyjęła propozycję kuzynki. Weszły. Po prawej stronie od wejścia był bufet, a po lewej salon. Młody skrzypek z różową twarzą i długiemi jasnemi włosami koloru lnu wygrywał tęskne romanse rosyjskie. Blady, chudy brunet też długowłosy akompaniował mu na pianinie. W salonie przy stoliku było tylko dwóch panów, cywilów. Jedli kolację, rozmawiali po polsku i czytali rosyjską gazetę (polskich gazet w tym okresie w Połądze bez prenumeraty nie sprzedawano). 
 Panienki kazały sobie podać kawę z ciastkami. 
- Głupia sprawa - Szepnęła Ada - Znaleźć się w takim miejscu bez towarzystwa męskiego.
 Marynia nieodpowiedziała zasłuchana w muzyce. Skrzypek znał ją z widzenia, wiedział jak subtelnie odczuwa muzykę, gdy widział ją w kawiarni grał wtedy z większym uczuciem niż zwykle, wybierając najładniejsze rzeczy. Ada nie przejmowała się muzyką, mało większą jej przyjemność sprawiała od kawy z ciastkami. Zerkała na tych dwóch siedzących tu mężczyzn, domyślając się z ich inteligentnych twarzy i eleganckiego ubioru iż należą do wykwintnego towarzystwa. Oni miny mieli znudzone, twarze blade i wycieńczone. Widocznie przesyceni już byli kobietami i po powrocie z zagranicy chcieli chociaż nad morzem od nich wypocząć. Na zalotne spojrzenia jeden z nich odpowiedział ironicznym grymasem, a drugi obojętnym okiem obrzucił obie panienki od stóp do głów i zagłębił się znów nad gazetą, jedząc powoli ciepłą kolację.
- Franci z polewanym nosem! -Sarknęła Ada oburzona obojętnością wykwintnych kawalerów w których wyczuła zamożnych ziemian z polskiego koła.
W przedpokoju zastukały sprężyste męskie kroki, brzęk ostróg, żywe głosy. I weszła znajoma nam trójka oficerska. Ada przyglądała się im ciekawie, a Marynia zarumieniła się gwałtownie i odwróciła głowę.
- Czy widzisz Maśka, ci sami piękni oficerowie, którzy wczoraj w kurhauzie ogólną zwrócili uwagę.
Spojrzała na kuzynkę i uderzyła ją zmiana jaka zaszła w jej twarzy.
- Co tobie, koteczku?
- Nic!... Przerwij choć na moment swoje terkotanie!
- Chichichi! - Zachichotała Ada. Ciekawość ją drażniła, co jest przyczyną nagłego wzruszenia kuzynki. Domyśliła się, że jeden z tych oficerów. Chyba ten z którym wczoraj nie chciała przywitać się. On siadł obrócony plecami i wyrazu jego twarzy nie mogła dojrzeć, a Dżuigiras i Prostka oczkowali ją tak natarczywie i wyzywająco, że śmiała i zalotna Ada zażenowała się i spuściła rzęsy, tylko od czasu do czasu strzygła do nich wstydliwie grającemi swemi oczyma.
Oficerowie pili piwo, dzwonili w szklanki i rozmawiali donośnie, żeby panny słyszały ich koncepty.
- Koledzy, czy widzieliście w Połądze takie śliczności? - Mówił Dżuigiras szczerząc do panienek białe, zdrowe zęby. 
- Co tam w Połądze - Odpowiedział Prostka. - Ja i w Kownie piękniejszych nie widziałem.  
Gajżułłd milczał, oczy jego dziwny miały wyraz, lecz podochoceni towarzysze tego wyrazu nie spostrzegli.
Prostka kręcąc czarnego wąsika i puszczając perskie oko do panienek plótł dalej:
- Najwspanialsza ozdoba sezonu tegorocznego. Kwitną jak dwie róże zerwane w rajskim ogrodzie. Tchnie od nich świeżością maja, a bliska obecność odurza jak najprzedniejsze wino. 
Dwaj wykwintni cywile popatrzyli jeden na drugiego ze znaczącym uśmiechem.
- A ty kpie - Zwrócił się Dżuigiras do Gajżułłda - Usiadłeś plecami do tych gwiazd sezonowych.
- Daj mu spokój! - Zaśmiał się Prostka. - On już jest oszołomiony urokiem pięciu kobiet naraz: sędziny Ludmiły, Racheli, dwóch Amerykanek i panny Bronci.
- Ale ostatnie dwie Amerykanki - jedna z północnej półkuli, druga z południowej, u których taki wyborny mieliśmy podwieczorek - chyba najsilniej wstrząsnęły zmysłami. Hahahaha!
- Tylko niewiadomo która z tych dwóch egzotyczek największe zrobiła w sercu bum-bum: czy ta kolorowa ruda z eteru, czy ten pampuszek rumiany i pulchny? Włodzimierzu, która?
Gajżułłd chociaż silnie był poruszony niespodziewanym spotkaniem z Marynią, odzyskał już równowagę pod wpływem wesołości ulubionych kolegów.
- "Głodnemu chleb na myśli" - rzekł. - Karol zakochał się w tym czarnym diabełku, a ty w tej czarnobrewej sportsmence. Dlatego wam się zdaje, że i moje serce porwały te dwie papugi.
- Cicho, nie wypieraj się!...Myślisz, żeśmy nie widzieli jak za tą gęstą firanką całowałeś się z panną Akweliną. Jeszcze na policzkach twoich pozostały czerwone ślady jej malowanych ust. Chachacha! A potem z panią Melą poszłeś na sekret do drugiego pokoju. Ja w tym czasie flirtowałem w tym kącie za szafą z moją czarnuszką i widzieliśmy oboje jak tam ogniście bawiliście się...
- Hahahha! Chachacha!
- ja mam dobre serce - współczuję sentymentom kobiecym. Czy podobają się mnie więcej czy mniej - rzucam im choć drobne okruchy uczuć, jak tym zgłodniałym ptaszynkom parę ziarenek...
- Gdy masz tu całych pięć tych zgłodniałych ptaszynek, a gdy Turwidas zaprowadzi nas do tych arystokratek w strusich piórach będziesz miał aż sześć, to bądź oszczędniejszy w rozdawaniu tych okruch, abyś nie zbankrutował raptownie. Haha! Chacha!
- Co do tamtych...Obaj przyrzekliście współkę...Przy takiej spółce spodziewam się, że z tych okruchów zbierze się zapasowa miarka.
Wszyscy trzej w coraz weselszy wpadali nastrój. Prostka i Dżuigiras natrętnie kokietowali panienki.
- Ta szatynka z loczkami to istne diablę pokuszenia! - I Prostka posłał Adzie całusa dwoma palcami.
- Blondynka jeszcze ładniejsza - Szepnął Dżuigiras - Istny aniołek! Skrzydełek tylko brak. Ale jakaś dumna bardzo, ani spojrzy na nas.
 Teraz Gajżułłd obrócił głowę w stronę Maryni. Siedziała odwrócona plecami z łokciem wspartym na stole a głową na dłoni. Zatrzymał na niej wzrok przez chwilę. Źrenice jego rozszerzyły się i zaczęły w półmroku jarzyć się fioletowo-zielonymi ognikami.
Marynia odczuła to palące spojrzenie, drgnęła całym ciałem, po skórze przebiegły zimne mrówki...Wstała nagle z wypiekami na twarzy i zaciśniętemi wargami.
 - Ado, dosyć tu...Idziemy!...-Szepnęła przez zęby.
- Maśka, teraz najciekawsza chwila...A ty chcesz urwać tą chwilę!...
- Siedź tu sobie i rób oczy do tych nachalnych oficerów, ja idę.
 Odsunęła hałaśliwie krzesło i otuliła się paltem. Ada pełna niezadowolenia wzięła ją pod ramię i ruszyły ku drzwiom. Musiały przechodzić tuż mimo kawalerzystów, którzy zajmowali pierwszy stolik przy drzwiach wejściowych.
- Panienki śliczne - Zwrócił się do nich Prostka podkręcając wąsika. - Dlaczego uciekacie stąd pozbawiając nas widoku czarujących waszych postaci?
- Obawiamy się spłonąć pod iskrami waszych spojrzeń - Odpowiedziała z zalotną minką Ada i znikły za drzwiami.
Dżuigira zapłonęły oczy i zarumieniły się policzki.
- Koledzy, chodźmy za niemi!...Zaznajomimy się... 
Powstał szybko ze swego krzesła, za nim Prostka. Gajżułłd niepodnosząc się, przytrzymał ich obu za poły.
- Stójcie! Nie gorączkujcie się! Nie róbcie z siebie uliczników!...
W oczach huzara migotał gniew.
- Dlaczego? - Spytał Dżuigiras. - Przecież to twoja była inicjatywa, zrobić polowanie dzisiejszego wieczora na dwunożne źwierzyny...No!...Okazja teraz doskonała.  
- Widać, że niedawno bat świstał w twoich rękach - tak nie masz taktu. Polujmy - ale na dziewuchy z ludu, lecz nie ośmieszajmy nasze mundury wobec panien z inteligencji. Bądźmy rozpustnikami, lecz w niektórych razach trzeba zachować formy przyzwoitości.
Prostka i Dżuigiras zastosowali się jak zwykle do woli imponującego kolegi.

Pałanga, lipiec 2015

Marynia i Ada szły szybko w wieczornym mroku i zawróciły do parku gdzie stała willa Kiejstutis.
Gdy się znalazły w swoim pokoju, Marynia siadła na łóżku i nagle wybuchnęła płaczem. Przestraszona Ada zaczęła ją tulić i uspokajać. 
- Masiu, kochanie! Co tobie? Coś ci się stało?
- Ach! Ado! Ado! Taka jestem nieszczęśliwa!!
 Ada tuliła ją do siebie jak małe rozkapryszone dziecko. Obok współczucia była i ciekawość. Może teraz nadeszła chwila, że się dowie tajemnicy kuzynki: co za powód był jej dziwnego nastroju na balu wczorajszym. Jej widocznego przygnębienia i ten wyraz jakiegoś znużenia w oczach? Marynia była skryta i zamknięta w sobie. Nie zwierzała się przed Adą z tajników serca. Ada po przyjeździe z Rosji słyszała coś o jej przeżyciach. Domyślała się tragedii miłosnej kuzynki i paliła ją ciekawość. 
- Powiedz koteczko - powiedz co cię dolega? Będzie lżej tobie. Ja cię tak kocham! Wierne echo w mej istocie znajdziesz dla cierpień twoich. 
 Rozebrała Marynię, ułożyła w łóżku i objęła serdecznie. Marynia ujęta ciepłem przyjaźni i pieszczotami powzięła chęć zwierzeń.
 Zwierzenia przynoszą zawsze ulgę młodej dziewczynie. Roztoczyła szczerze i cicho przed przyjaciółką tragedię życia swego. Ona opowiadanie zwierzeń swoich ciągnęła do poranku, a ja streszczę jak najkrócej, na paru stronicach.
 Gdybym chciała wyobszernić ze wszystkiemi szczegółami te przeżycia Maryni, musiałabym napisać o jedną książkę więcej i ta książka moja zamiast dwie części zawierałaby trzy, a ja się lenię za dużo pisać.
 W tym przykładnym i cichym dziewczęciu drzemała istota namiętna i wrażliwa. Przez częstą samotność i pochłaniane książki miała rozbujałą wyobraźnię i romantyczną naturę. Zaledwie z dziecka budzić się zaczynała a serce już przygotowane było do siejby miłości. Na horyzoncie jej życia zjawił się Gajżułłd, piękny 20-letni oficer z pierwszym wojskiem litewskim, a sławny już jako partyzantki wódz "Czarny Dżario".  Romantycznemu dziewczęciu wydał się wtedy jakimś bohaterem z powieści Aleksandra Dumasa (ojca) jej najulubieńszego autora pism historycznych. I pokochała go tak, jak kochać może młoda dziewczyna o duszy czystej lecz namiętnej natury. Ojciec zauważył romans córki. Miał swoje powody dla których zanic nie chciał, żeby Gajżułłd był jego zięciem. Żeby nie dopuścić córki do ślubu z nim, wywiózł ją do Warszawy i zostawił pod opieką starszej siostry swojej bogatej i możnej w stolicy pani. Marynia pozostała wierną swoim uczuciom. Pisywała do ukochanego długie listy, przyrzekając w nich, że po powrocie do rodzinnych stron zostanie jego żoną wbrew woli całej rodziny. On pomimo miłości do narzeczonej nie mógł oprzeć się pokusom, któremi osaczały go kobiety. W kilka miesięcy po rozłące z Marynią zapoznał się z piękną wampirzycą, która potrafiła piekielnie opętać jego zmysły. Ścigała ona go wszędzie jak cień. Gdy w 1920 r. były walki Litwinów z Polakami o Wilno, potrafiła jako nieodstępny ordynans - adiutant towarzyszyć mu na wszystkich frontach i walczyć przy jego boku.
 Pod koniec 1920 r. powróciła Marynia po skończonych walkach polsko-litewskich, bo ciotka wstrząśnięta stratą syna w bitwie pod Pińskiem i najściem bolszewików pod Warszawę umarła z ataku serca, a ojciec bez poważniejszej opieki nie chciał córkę zostawić w stolicy. W tajemnicy przed rodziną Marynia powiadomiła listownie narzeczonego o swoim powrocie i naznaczyła jemu spotkanie. Ten list przejęła ta "wampirzyca". Oczywiście nic o tym nie powiedziała Gajżułłdowi. Natomiast uprosiła go, żeby w siedmiu kliszach sfotografować się razem nago w najlubieżniejszych pozach "dla dozgonnego upamiętnienia" ich namiętnej miłości i pieszczot. Gajżułłd nie wiedział o powrocie Maryni i nie przeczuwał podstępu przewrotnej kochanki.
 Te fotografie wysłała Maryni wraz  z listem w którym bezczelnie odkryła swój romans z jej narzeczonym. Te fotografie w wyuzdanych pozach były potwierdzeniem faktu, że pisze prawdę. I zrobiła jej ostre zastrzeżenie iżby "nie śmiała wchodzić im dwojgu w drogę". Oto kilka zdań z tego potwornego listu.
 "Ty należysz już do dalekiej nic nie znaczącej jego przeszłości. Twoja osoba i twoja miłość tyle go dziś obchodzi, co dziura w starym, podartym trzewiku, wyrzuconym na śmietnik. Ja dziś jestem jemu najukochańszą kobietą. Jego serce, ciało i dusza należą do mnie bezpodzielnie i jestem już matką jego dziecka. Więc zapomnij o nim ładna panienko, tak jak on zapomniał o tobie. Nie śmiej plątać się pośród nas dwojga, inaczej źle skończysz!...Oto przesyłam Pani nasze zdjęcia jako dowód konkretny, że odszedł od Ciebie i jest kochankiem oraz przyszłym mężem moim".
 Po tym liście z fotografiami znaleźli domownicy Marynię zemdloną i chyba dwie godziny musiano ją cucić. Potem chorowała obłożnie cały miesiąc. Gdy wyzdrowiała, uparła się jechać do Rzymu i tam wstąpić do klasztoru polskiego "Siedmiu Sióstr Bolejących". Ojciec nie sprzeciwił się. Zawiózł ją do Italii i umieścił w tym klasztorze, ale prosił mateczkę, żeby pozwoliła jej przebyć wpierw kilka miesięcy jako internistce. Po trzymiesięcznym pobycie takowym Marynia bardzo się rozczarowała do życia klasztornego.Opuściła ten klasztor i powróciła do Stargwiłłowa, ku wielkiej radości rodziny, mianowicie ojca.
 Gajżułłd z czasem dowiedział się o podstępie kochanki, sprał ją straszliwie i zerwał z nią. Lecz Marynia chciała ani słyszeć o powtórnym nawiązaniu z nim narzeczeństwa. On rzucił się wtedy w wir życia. Kobiety szalały za nim. Postrachem był mężów i kochanków, a marzeniem najgorętszym dam. Użycie jemu stało się nałogowym, przerzucał się z jednej kochanki do drugiej. Kobieta go interesowała zanim się nią nasycił, potem rzucał jak psotnik połamaną zabawkę. Znało go całe Kowno i dalsze tereny Litwy jako prawdziwego Don Juana, najlepszego sportsmena, nieokiełznanego awanturnika i hulakę. Poznała go tak samo z tej strony czeska stolica Praga, gdzie się dokształcał w akademiji wojskowej i uczył się lotnictwa. Nie mógł tam dokończyć swego roku szkolnego, po dwóch kwartałach musiał zmykać. Czechosłowacja nie tolerowała jego awantur tak jak ojczysta Litwa, kazano mu opuścić granicę Czech w przeciągu 24 godzin.   W Litwie - jako niewielkim kraju niosą się szerokim echem nowiny i plotki. I do uszu Maryni dochodziły wieści o skandalicznym prowadzeniu się Gajżułłda, przejmując ją oburzeniem i bólem. Jednakże miłości do niego nie mogła zniweczyć w sobie. Jednostajne monotonnością życie na wsi, samotne dumania, książki romantyczne - podsycały jej uczucia, które stały się męką. Tęsknota, namiętność, pogarda i żal wywołały w niej taką rozterkę, że zaczęła upadać na zdrowiu, rozwijało się nerwowe cierpienie i anemija. Ojciec w obawie żeby córka nie rozchorowała się poważniej, wysłał ją z kuzynką wesołą i żywą na sezon do Połągi, wiedząc że młodym, nerwowym dziewczętom najlepsze lekarstwo rozrywki i zmiana otoczenia. Nowa atmosfera, powietrze morskie i kąpiele, niespodziankami urozmaicone dni dobrze podziałały na Marynię, poprawił się humor, nabrała trochę rumieńców. Aż tu raptem - takie spotkanie...I znowu burza zawrzała w istocie nieszczęsnej dziewczyny.

 Ada z wielkim zajęciem słuchała zwierzeń Maryni. Taka udręka miłosna ciągnąca się dwa lata po ostatecznym zerwaniu z narzeczonym, była czymś niezrozumiałym. Ona kochała się już od 12-tego roku życia, ale uczucia jej nie trwały dłużej nad parę- kilka miesięcy. Gasły dla jednego, zapalały się znowu drugiemu. I tak ciągle w sercu Ady kwitła do kogoś większa sympatia, lecz to były przelotne uczucia z których nieczyniła sobie żadnej tragedii. Przeciwnie, było to jej sportem, najmilszą rozrywką, wesołą grą. 
- Dziecko 17 wieku! - Mówiła sobie słuchając zwierzeń kuzynki- przyjaciółki. - Ciekawam czy to ogólna cecha Litwinek: bzikowanie na punkcie miłości?
 Epilog opowiadania swego Marynia zakończyła łzami. Ada starała się ją  uspokoić.
- Jednakże ja ciebie nie rozumiem. Jeżeli go jeszcze kochasz, czemu odepchnęłaś wczoraj, gdy prosił przebaczenia? Należało się pogodzić.
- Chciałam się zemścić nad nim za wszystkie moje udręki...Rozkosz czułam jakąś przedstawiając sobie jego męczarnie.
- Musisz koniecznie wyjechać znowu gdzieś daleko. Proś ojca niech wyśle cię do Paryża. Tam przecież macie bliskich krewnych. W wirze nowego życia i wrażeń zapomnisz o nim.
- Byłam przecież w Warszawie gdzie ciotka Anna urozmaicała mnie czas jak najwięcej. Tyle eleganckich poznałam tam mężczyzn. Bywaliśmy w teatrze, na balach i rautach. Miałam kilku starających się o rękę, kawalerów wykwintnych i ciekawych. Jednakże pierwszej miłości pozostałam niezłomna. A On, On!...
-To było co innego. Gdy rezydowałaś w Warszawie, ta miłość twoja do Gajżułłda miała postać idylli ze skrzydłami nadziei i kwiatami wspomnień. A teraz po tych gorzkich w uczuciach jego zawodach zapomnisz o nim w Paryżu, tym najciekawszym w świecie mieście - jeśli chodzi o ponęty życia i rozmaitości. A ciocia Ludgarda bardzo lubi towarzystwo i mozaikową publiczność. Na jej salonach spotkasz typy z różnych sfer i kategorii. Znajdziesz tam jakiegoś nieprzeciętnego i pięknego mężczyznę, który blaskiem swojej indywidualności i ogniem nowych uczuć zaćmi wspomnienie o Gajżułłdzie. Taki koloryt jasny jak twój ma wielkie wzięcie u mężczyzn z południowej Europy. Zakocha się tam napewno w tobie jaki hiszpański książę, czy włoski markiz lub francuski hrabia, zobaczysz! Będąc w Piotrogrodzie ja się kochałam w jednym studencie z politechniki. Flirtowaliśmy chyba rok i uważaliśmy się już za narzeczonych. Zdradził on mnie z aktorką i pozostał przy tamtej. Byłam narazie w rozpaczy ale powinął się miły i ładny oficerek z gwardii cesarskiej, no... i zapomniałam o tamtym zupełnie.  
- Ty i ja, to dwa kontrasty. Może i ja zapomniałabym o Włodzimierzu, gdybym wiedziała że nie ma uczuć do mnie. Ale teraz - gdy wiem, że on jeszcze kocha... Och! Nie mogę! ...Nie mogę!...Umrę chyba prędzej niżeli go zapomnę!!
Marynia drżała jak w febrze. Ada patrzyła na nią stroskana nie wiedząc, co drogiej kuzynce radzić i jak uspokoić. 
- Myślałam, że z zawodów życia jest jeszcze jedyna ucieczka - klasztor. Lecz i tam się zawiodłam. To ponure życie klasztorne, ten snobizm i obłuda sióstr zakonnych dały mi tylko niesmak i ulotniłam się stamtąd po kilku  miesiącach... I szarpie nadal tęsknota za szczęściem wzburzonym, a godność kobieca nakazuje pogardę. Ten Bałtyk kochany mnie koił duszę i spokój niósł sercu. Nagle staje na mej drodze znowu on... jak demon złowrogi i rzuca powtórnie na rozszalałe uczuć fale. Chciałam dzisiaj wyjechać, uciekać...Lecz siła jakaś piekielna trzyma mię tutaj...Boję się!...Drżę na jego widok i zarazem pragnę go widzieć...Widzieć choc zdaleka! Choć na sekundę zatonąć w tych ciemnych, płomiennych głębiach jego oczu!!
Marynia siadła  na łóżku łamiąc w rozpaczy ręce nad głową.
Ada chciała się śmiać nad desperacją taką miłosną i zarazem płakać nad tragedią serca najmilszej kuzynki. Przemocą położyła ją na poduszce, okrywając kołdrą.
- Cicho Maśka, cicho! Uspokój się!...Nie! Jak Bozię kocham! Tu coś niezdrowego jest w mózgownicy. Tyle desperacji, tyle łez dla jakiegoś litewskiego kapitana, babiarza i awanturnika, jakgdyby na świecie mężczyzn nie było! Fe!
Brzask poranny już zaróżowił komnatę dwóch przyjaciółek.