piątek, 11 stycznia 2013

Rozdział XVII Zbudzony sen

 Dzień świąteczny. Park szmaragdowy tonął w słonecznym złocie popołudniowym. Szeroką aleją odrzewioną szły dwie orkiestry wojskowe grając marsze naprzemianę, a za niemi płynęły falangi ludzi. Najbliżej orkiestry kroczyła inteligencja: letnicy i oficerowie, za nimi lud roboczy i żołnierze.

"Szeroką aleją odrzewioną" - aleja w parku Biruty, lipiec 2015

 Na czele orszaku szedł niezwykle wysoki mężczyzna w generalskim mundurze, z głową nieproporcjonalnie małą do olbrzymiego wzrostu. Drobna twarz piegowata na której nigdy wąsy i broda nie rosły miała coś z fizjonomii koguta. Był to doktor generał Nagevicius, starzejący kawaler, gorący patriota litewski i wielki działacz społeczny, gorliwy poplecznik partii "Krikščionių Demokratu", inicjator różnych pomysłów kulturalnych i w ożywieniu sezonu połągowskiego, organizator i opiekun sanatorium wojskowego. W żadnym roku tak nie urozmaicał Połągę, jak tego lata 1922, gdy hołdem swoim otaczał nadobną pannę Birutę Stepunaite. Teraz prowadził ją pod ramię. Była to bardzo ładna szatyneczka o puszystych włosach, bławatkowych oczach, mleczno-białej buzi łaszącej się kotki. Wdzięki jej podnosił narodowy kostium litewski.
 Pochód przy orkiestrach szedł w stronę pałacu hrabiego Tyszkiewicza ku wzgórzu Biruty. Oto już mijają biały piętrowy pałac z wysokim tarasem. 


Pałac Tyszkiewiczów, lipiec 2015

Przed pałacem skwer z gazonami róż i innych najpiękniejszych kwiatów. Pośród tych kwietników przepiękna spiżowa statua Chrystusa roztwiera błogosławiące ramiona; twarz Zbawiciela smętna i słodka spogląda na przechodniów jak żywa.

"Skwer z gazonami róż" - rozarium na tyłach pałacu Tyszkiewiczów
 U stóp wzgórza Biruty, pod grupami drzew rozłożystych ustawiły się orkiestry jedna naprzeciwko drugiej.
Generał Nagevicius wszedł na tarasy wzgórza, ruchem wodza podniósł prawicę na znak uwagi oraz milczenia i przemówił donośnym basem:
- Bracia Litwini! Oto jesteśmy w miejscu drogim bardzo sercu każdego Litwina. To miejsce jest wspomnień historycznych dziejów ukochanej naszej ojczyzny o których pieśń wieczną będą szumiały fale Bałtyku, a lud nasz śpiewać będzie na ugorach swoich. Tu nasz wielki książę dzielny Kiejstutas poznał przepiękne dziewczę Birutę (tu przeciągłe spojrzenie rzucił na panienkę wspartą na jego ramieniu), która potem była matką największego bohatera z dziejów naszych, księcia Witolda. (Przytoczył życiorys Biruty).
 Było to dziewczę ubogie, córka rybaka. Kapłani ognia świętego, których świątynia na tym wzgórzu stała, zwrócili uwagę na jej niepospolitą urodę i postanowili ofiarować ją bogom. Uczynili z niej wajdelotkę czyli kapłankę stróżującą ognia świętego, który musiał palić się wiecznie i biada byłaby tej wajdelotce gdyby nie dopilnowała wiecznego ognia i pozwoliła mu zagasnąć. Wtedy spalonoby ją żywcem na stosie. Kapłanki ognia świętego musiały być święte, czyste, bez skazy. Tak jak naszym mniszkom im też przysługiwały śluby panieńskie.
 W takim dniu, gdy Wajdelotka Biruta dyżurowała przy ogniu świętym, ujrzał ją książę Kiejstutas , który temu ogniu przyszedł cześć swą złożyć. Do tej ślicznej dziewczyny taką miłością zagorzały jego uczucia, że wyśledził godzinę nocną, w której znowu był jej dyżur przy ogniu wiecznym i porwał ją, nie bojąc się gniewu bogów i arcykapłanów. Uniósł ją ze sobą na śnieżno-białym rumaku do zamczyska swego, który na wyniosłym wzgórzu królował wśród malowniczego ogrodu Wilna, założonego przez ojca jego, walecznego księcia Gedymina. Dziś ten stary i najukochańszy nasz gród jest w jarzmie Polaków, którzy wydarli nam jego bezwstydnie wraz z połową ziemi naszej. I napawając się krwawą naszą krzywdą wyciągają  jeszcze krwiożercze szpony ku nam. I nie jedni Polacy na ziemię naszą czyhają - ze wszystkich stron wrogowie osaczają drogą naszą krainę. Chcieliby znowu wyrwać od nas wolność i niepodległość, które krwią i trudem zdobyliśmy po tylu latach niewoli. Lecz my bracia Litwini nie damy ukochanej i dziś wolnej naszej ojczyzny nikomu: ani Niemcom, ani Moskalom, ani "ropuchom" Polakom. Siłą naszą całą i ducha mocą staniemy w obronie tej najdroższej ziemi!! Naszym męstwem i uczuciem narodowym zdepczemy wrogów w proch jak węży  zjadliwych. Niech żyje Litwa, ojczyzna nasza!!! Valio!
- Valio! Valio!! - Powtórzyło kilkaset piersi.
Dwie orkiestry jednocześnie zagrały uroczyście hymn narodowy "Lietuva, Tevyne musu" (1).
Cywile wszyscy pozdejmowali czapki, a wojskowi stanęli nieruchomo ze znakiem czci. Wszyscy tak stali bez ruchu zanim odegrano hymn. Potem publiczność rozbiła się na pary, grupki i grupy. Orkiestry teraz grały nieprzerwanie, na przemian jedna to druga, najładniejsze rzeczy. 
Na wzgórzu zwanym Mała Biruta (naprzeciwko Biruty Większej) siedziało na ławce kilku oficerów, wszyscy przystojni, postawni  i młodzi. Między nimi był też Gajżułłd.
- Czy uważaliście koledzy jak generałowi "Tram-tram" przybrakło nagle słów .. i  z poetycznych frazesów, któremi przeplatał wciąż swoją przemowę wypełzły nagle ...ropuchy!!!
Kapitan Łaurynaitis z miną komika zrobił wystraszone oczy.
- Strzeż się z krytyką na generała "Tram-Tram", bo w przeciągu 24 godzin wylecisz z Połągi na linię demarkacyjną.
- Ja się generała "Tram-Tram" nie boję, nie podlegam jego kontroli, nie mieszkam w sanatorium jeno prywatnie - bez łaski.
Kapitan Naujalis o wysokiej postaci i tragicznych oczach mówił:
- Bałtyk upoił naszego pryncypała bujną wyobraźnią. Wydaje się jemu że duch sławnego księcia Kiejstuta w nim się odrodził: narzeczoną swoją przezwał Birutą i kazał jej nosić strój narodowy, a generała musi nazwyać Kiejstutisem. Porywa ją też często, tylko nie na "śnieżno-białym koniu" lecz w aucie i zamiast do zamczyska w Wilnie - unosi do Nimersztatu (2) lub do lasów nad granicą Łotwy.
- Hahaha! - Zarechotali oficerowie.
- Dobry ma gust generał "Tram-Tram" - rzekł lejtnant starszy, Dyrwiański. - Ta jego Biruta śliczne dziewczątko i dużo ma wdzięku. 
Na to starszy lejtnant Nagórski zrobił pogardliwy grymas.
- Nic nie ma w sobie wykwintu. Ot! Taka sobie dziewuszka spod słomianej strzechy. 
- Tobie gust zepsuła ta "panna z pomponami" - Zaśmiał się Łaurynajtis.
- A tak! - Odpowiedział wyniosłym tonem Nagórski. - Jestem dumny z poznania panny Zabiełłówny. Mało jest takich wykwintnych i interesujących panien na Litwie w dzisiejszych zdemokratyzowanych czasach. 
- Patrzcie! Jaki tu się znalazł arystokrata! "Zdemokratyzowane czasy"! Juści, że plasły czasy carsko-burżuazyjne. A panu Nagórskiemu szkoda wielka, że już szlachta nie jeździ po karkach chłopskich, co? -  Ironizował Łaurynaitis.
Nagórski poczerwieniał. Podobnemi docinkami często szpikowali go koledzy, wiedząc, że jest synem obszarników i polskiej orientacji, przede wszystkiem raził swoją zarozumiałością. Oficerem był tylko czasowo pełniąc służbę wojskową. 
- Ja oceniam wszystko co jest wykwintne i szlachetne, a do waszych docinków przyzwyczaiłem się, nie robią na mnie żadnego wrażenia.
Gajżułłd uważając Nagórskiego za "swoją sferę" dosyć go lubił. Chciał teraz odwrócić przedmiot rozmowy prowadzący do utarczki. Rzekł z szelmowskim uśmiechem:
- Ta panna Zabiełłówna przypomina mi figurkę z wyheblowanej deski, taka u niej płaszczyzna z przodu i z tyłu.
Oficerowie roześmieli się. Nagórski taką miał minę jakby udusić chciał Gajżułłda.
- Miarkuj się ze słowami! Nie masz jak widzę nic taktu chociaż liczysz się dżentelmenem. Twoja "słodka babcia" za to bardzo jest pagórkowata tak z przodu jak z tyłu. Więc bujaj na tych wzgórzach i ciesz się! A do panny Zabiełłówny wara ci!...
- Oczywiście, "góry" zawsze mają powabu więcej jak "płaszczyzny", nieprawdaż koledzy?
- Na gust nasz, tak. - Odpowiedział najmłodszy z pięciu oficerów lejtnant starszy Dyrwiński. - Ale twój...trudno zrozumieć. Ty lubisz widocznie silną zmianę kontrastów: z gór zjeżdżać na równiny, a potem piąć się znów na góry...Jedna z twoich Amerykanek jest jak utkana z eteru. Pod cieniuchną swoją skórą chyba ani centymetr nie posiada mięsa. 
- A jednak w Argentynie była jedną z największych pogromicielek serc i... kieszeni.
- Aha! Rozumiem...- Zawołał Łaurynaitis. - Więc podczas tych "pogromów" dziurawiły ją kule wybuchowe i wypuściły cały tłuszcz ciała. 
- Ha ha ha!
- Włodzimierzu - Rzekł kapitan Naujalis. - Opowiedz nam coś o swoich romansach sezonowych. Może na ten temat uda mi się dowcipny felieton ułożyć. 
- Układaj lepiej felietony o swoim romansie w trójkącie... - Odciął się Gajżułłd.
Naujalis przygryzł wargę i zamilkł posępnie. Inni oficerowie też zaczęli nalegać, żeby opowiedział coś o swoich flirtach. Włodzimierz nie dał się długo prosić. Opowiadał pikantnie karykaturyzując obrazki tych romansików z trzema paniami: młodą mężatką, starzejącą się panną i przekwitłą wdową-bogaczką. Koledzy byli ubawieni, buchało wesołe chachacha.
- To nie wszystko. Masz tu przecież jeszcze sędzinę, piękną Żydóweczkę i szlachciankę z Żemaitiji. 
- Sędzina to kobieta wykwintna i szlachetna, zdobyłem ją przemocą...
- Jak? Jak? Co ty mówisz?!
- No, chyba rozumiecie po litewsku!...Powtarzam: sędzinę Ludmiłę zdobyłem przemocą. Chyba godzinę walczyłem z nią w tym wspaniałym barze przy granicy pruskiej, dopóki osłabła i przestała się bronić...
- Jak tak mogłeś!? Toż to skandal! Kryminał!!...- Oburzył się Dyrwiński.
- Skandal i kryminał, gdybym zrobił napaść... Ale jeżeli kobieta lat koło 30, mężatka, matka dwojga dzieci szuka specjalnej okazji...Pozwala się na lubieżne pieszczoty itd. byłbym nie don Juan Gajżułłd lecz frajer prowincjonalny, gdybym pozwolił tylko dla satysfakcji kobiety rozdrażnić sobie zmysły bez naturalnego zakończenia...A teraz ona już nie może beze mnie żyć...I mam z tym kłopot prawdziwy...
- Przecież to ponętna kobieta!
- Nie lubię olbrzymek.
- To po co romansowałeś z nią?
- Bo mię interesowała na razie uduchowioną i piękną twarzą.
- Przecież w kilkanaście dni się nie zmieniła.
- Ale już przestała działać mi na zmysły. Nic nowego w niej nie znajduję...
- To łajdak! Niestały, ropucha! - Mruknął Dyrwiański.
- A Żydóweczka, piękna Rachela? - Zapytał Naujalis.
- My romansujemy od dwóch lat, co jakiś większy odstęp czasu...Nawet i w Czechosłowacji mnie odnalazła. To nieszczęśliwa dziewczyna, która wklepała się beznadziejnie. Nie zrywam z nią ostatecznie jedynie przez litość...
- No, a ta nadobnisia z czterema warkoczami, którą odbiłeś od generała Kumialisa? - Pytał Nagórski.
- To jest przemiłe i kochane dziewczę, w przyszłości niedalekiej moja małżonka, wobec tego zabraniam wam wszelkiej złośliwości w rozmowie o mojej narzeczonej.
- Ty się żenisz z tą panienką!?? - Zdumieli się czterej koledzy jednocześnie. Oni nie widzieli w Bronce odpowiedniej partii Gajżułłdowi, uważali, że on się ożeni z księżniczką czy milionerką, a co najmniej z jakąś wybitną sławą artystyczną. Przytem wygłaszał przed nimi tyle razy swoje teorie antymałżeńskie. 
- Zawsześ był przeciwnikiem małżeństw - Rzekł Naujalis.
- Miłość potrafi obalić wszelkie barykady zasad i poglądów, najsilniejszych przekonań. 
Jeden przez drugiego zaczęli go wypytywać jak to się stało, że zdecydował się na tę żeniaczkę. Odpowiedział krótko.
- Miłość... Głębsze zainteresowanie..Pociąg duchowy i seksualny...Szlachetna przyjaźń...Pozatem nie spowiadajcie mnie z moich uczuć głębszych bo tego nie lubię.
Oprócz Dyrwiańskiego, który był najmłodszy, naiwniejszy i najmniej znał Gajżułłda, koledzy temu nie wierzyli. Porozumiewawczo patrzyli jeden na drugiego i uśmiechali się filuternie. 
- Psst! ..Uwaga! - Szepnął  Łaurynaitis pokazując oczyma na lewo. Po tarasach na małą Birutę pięły się powoli Baronowa Benigna i pani Halina. Ta pierwsza cała w bieli w tym kapeluszu z białą długą do kostek gazą, przy mocno wyciętym gorsie czerwieniał kwiat kamelii. 
- Włodzimierzu, czy serce twoje nie przyspieszyło tętna? - Żartowali koledzy.
Pani już były na wzgórzu. Obie obrzuciły oficerów powłóczystym spojrzeniem, zatrzymując dłużej na Gajżułłdzie. On się im ukłonił z kamienną powagą. Przeszły  mimo i usiadły na ostatniej ławce czyli na drugiej od ławki oficerów. Rozparta wygodnie o poręcz Baronowa zapaliła papierosa i ćmiąc z fantazją spoglądała co chwilę na huzara z omdlałą czułością.
- No, Włodzimierzu! - Szeptali oficerowie - Czy nie biegniesz ucałować rączki słodkiej Babci? Patrz, jakie omdlewające śle ci spojrzenia!
Zaczęli chrząkać i krztusić się. Kapitan Łaurynaitis i lejtnant starszy Dyrwiański tak się tak się rozkaszlali, aż oczy ich zaszły łzami i zakrywali usta chusteczką...Pani Halina mówiła do przyjaciółki po francusku. 
- Jakiż to pastuch jednak ten twój kapitan Gajżułłd: siedzi tu sam i nie raczy podejść do nas przywitać się.
Baronowa otoczyła się kłębem dymu.
- Może nie zna się na tym chłopczyk lub krępuje się obecnością kolegów. 
Pani Halina milczała z miną pełną urazy. Patrzyła przed siebie na złoto-modre morze, które bezmiar wód swoich roztaczało tu na widnokręgu, unikała w ten sposób drwiących spojrzeń oficerów.
- Hola! Druga pareczka osobliwa: romantyczny dziadziuś z otlenioną bródką satelitujący dzieweczce-wiośnie.
Oficerowie śmiejącemi się oczami spoglądali teraz na generała R., który z wąskiej odrzewionej alei wyszedł na wzgórze małej Biruty towarzysząc Bronce. Ona w tej ładnej seladynowej sukience, z czterema warkoczami i opaską koloru sukni dokoła głowy. Generał zapatrzony na towarzyszkę swoją miał minę wniebowziętego. Trzeba im było przechodzić mimo ławki, gdzie siedziały pani Benigna i pani Halina. Bronka przywitała je z wylaną grzecznością i przedstawiła swego towarzysza. 
- Przysiądźmy tu na chwilę, Panie Generale. Odpoczniemy - rzekła wesoło filutka, której od razu przyszedł na myśl  figielek. 
- Te panie - Myślała - spragnione towarzystwa męskiego, a generał kobiecego. Śliczny z nich będzie trzyosobowy komplecik. Na tej ławeczce pasują do siebie przewybornie! A ja zwieję.
Istotnie obie panie były wdzięczne Bronce, że przysiadła do nich i przedstawiła im tal "godną personę". Jedna i druga obsypały go grzecznymi słówkami i miłemi uśmiechami. Bronka w tej kompanijce była tylko parę minut. Niepostrzeżenie zamieniła porozumiewawcze spojrzenie z Gajżułłdem, który nie spuszczał z niej oczu.
- Przepraszam...na chwileczkę...Pan Generał tu posiedzi i zaczeka...
Uśmiechnęła się jak najsłodziej do staruszka, wstała z ławki i szła niby ku tarasom mimo siedzących oficerów. Gajżułłd powstał szybko dla powitania Bronki. Ucałował obie jej ręce i przestawił po kolei wszystkich czterech kolegów. Dyrwiański był jej dawno znajomy, przyjaźniła się z jego siostrą artystką - pianistką. Lecz na razie go nie poznała po trzech latach niewidzenia. Przedtem widywała go jako cywila - maturzystę 18-letniego, teraz mundur zmienił go i upiększył.
- Jak widzę ten stary satyr ujarzmił twoją wolność - Rzekł Gajżułłd. 
- Właśnie, teraz znalazłam okazję, żeby to jarzmo zrzucić, a staruszka umieściłam w odpowiednim mu komplecie.
- Chachacha! Doskonała Pani!! - Śmieli się ubawieni oficerowie.
- Żeby ten komplet tak doborowy nie rozwiał się i jarzmo na ciebie znowu nie spadło, uprowadzam cię, najmilsza, dalej z tego miejsca.
To mówiąc Gajżułłd ujął czule pod ramię Bronkę, żeby ją stąd prowadzić na wyższą Birutę.
- Poczekaj, tak byłoby niegrzecznie. Muszę odchodząc rzucić kilka słów ciepłych staruszkowi. 
- Dobrze. Podejdźmy razem. 
Tak trzymając się pod ramię jak para narzeczonych  podeszli do generała, od którego dzieliło ich tylko około 20 kroków. 
- Panie Generale, my idziemy szukać naszej grupki. Wobec tego do widzenia Panu. Chyba Pan Generał nie będzie się nudził bezczynnie w towarzystwie tak wielce miłych pań? A wieczorem obie z mamusią będziemy czekały Pana z herbatką, bo dziś Mamusia przyjechała z Pogelind na jedną dobę i przywiozła trochę przysmaków wiejskich. No, pa!
Staruszek wytrzeszczył boleśnie swoje poczciwe niebieskie oczy, a Baronowa jeszcze boleśniej spojrzała na Gajżułłda. On obiema rękami oplótł ramię Bronki, dając do zrozumienia, że to jego dzieweczka i nikomu jej nie odda. Za minutę już ich dwojga nie było na wierzchołku małej Biruty. Pani Benigna szybko pod nos swój podsunęła flakonik z jakąś rzeźwiącą miksturą, bo coś zemdliło bardzo ją w dołku. Za to pani Halina w świetny wpadła humor. Była w towarzystwie męskim takim miłym, kulturalnym - w towarzystwie generała - profesora! Czegóż jej więcej  w danym momencie potrzeba do szczęścia sezonowego. Błogosławiła Bronkę za ustępstwo swego asystenta. Baronowa chociaż sama miała lat 50 kilka lubiła mężczyzn tylko młodych, rówieśników swoich nie znosiła, a generał starszym był od niej chyba przeszło 10 lat. Czterej koledzy Gajżułłda też powędrowali na przechadzkę po parku i poszukiwanie znajomych kobiet. Tu napłynęły inne grupy spacerujących i pozajmowały pozostałe ławki. Z tej alei skąd zjawili się Bronka i Generał wyszły Marynia i Ada w towarzystwie dwóch młodych, przystojnych oficerów i malarza Turwida. Marynia w sukni niebieskiej, Ada w różowej, wyglądały ślicznie. Obok Ady szedł lejtnant starszy Stehll, średniego wzrostu szatyn, ciemnobrewy niebieskooki. Maryni towarzyszył leitnant Bortkiewicz, melancholijny brunet o czarnych, mefistych oczach i śniadej pociągłej twarzy. Turwidas trzymał się na uboczu, miał nowy jasno-zielony garnitur, białą panamę i żółte trzewiki. Pięknością swoją młody artysta zwracał na siebie ogólną uwagę. On szedł machinalnie, jakby nie należał do towarzystwa, w którym się znajdował: nie wtrącał się do rozmowy, pogwizdywał, to nucił, wyprzedzał towarzystwo, to zostawał. Zawsze wpadał w taki nastrój nienormalny, gdy nie był z Marynią sam na sam.
- Jakie śliczne stąd morze! - Zachwycała się szczerze Marynia, zatrzymała się i patrzyła na ten rozfalowany bezkres wód, szafirem i złotem mieniący się w blaskach popołudniowego słońca. 
- Czy piękniejsze od mundurów z gwiazdami? - Zadrwił Turwidas.
- Dowcip Pana rozminął się z sensem zupełnie. - Odcięła się Marynia.
- Chocho! Myślałem, że urok mundurów zaćmiewa i piękno przyrody.
- Szkoda, że Pan byłeś nie w możliwości dojść do munduru. Nie miałbyś wtedy tej bolączki, która tak kwaśno Pana usposabia - przyciął Stehll. 
- Mundury - Rzekł artysta - To powierzchowna ozdoba...blichtr...Mnie bynajmniej nie imponują...Ja oceniam przede wszystkim wewnętrzną istotę człowieka. 
- Jeżeli ta istota wewnętrzna jest w postaci pięknej kobiety - Zażartował melancholijny Bortkiewicz, robiąc aluzję jego afektom do Maryni. - Nieprawdaż? Co?
Turwidas chrząknął, poruszył jedną brwią nerwowo i nic nie odpowiadając ruszył kilka kroków naprzód, nucąc pod nosem.
Przeszli wierzchołek wzgórza, mijając trzy ławki i schodzili tarasami do głównej alei olbrzymiego parku pałacowego, który ciągnął się aż do pruskiej granicy, przechodząc w bór sosnowy. Kierowali się ku wyższej Birucie, idąc wpierw dokoła wzgórza dla dłuższej przechadzki. Minęli grotę wysadzoną wielkiemi, omszałemi głazami. Niewielka biała statua Panny Maryi stoi w wąskim sklepieniu nad grotą - imitacja Matki Boskiej z Lourdes (3). 



Lipiec 2015


Pod tą statuą modliło się kilka starszych kobiet z ludu w białych chusteczkach związanych pod brodą. Dokoła się przechadzały pary i grupki gości sezonowych i tubylców. Dwie orkiestry wojskowe ustawione na tarasach wzgórza grały na przemian bez przerwy.
Biruta jest najpiękniejszym zakątkiem Połągi. Wznosi się na skraju parku. Na szczycie jej kaplica z misternym wnętrzem, w dnie powszednie zamknięta, w świąteczne otworzona. 


Kaplica na szczycie wzgórza Biruty, lipiec 2015

U stóp wzgórza, na stokach i dokoła wierzchołka jego szumią prastare sosny, które pamiętają jeszcze tu świątynię znicza i porwanie cudnej wajdelotki Biruty przez księcia Kiejstuta. Przez ich potężne konary roztwiera się bezbrzeżna panorama morza.

Widok na Bałtyk ze szczytu Biruty, lipiec 2015

To miejsce lubiła bardzo Marynia. Najczęściej spędzała tu poranki, gdy odludnie było i cicho. Teraz roiła się Biruta ludźmi, z inteligencji i z ludu, zwabionymi tu orkiestrą.  W otwartej kaplicy modliło się kilkanaście osób. Na kilka minut Marynia uklękła też na kamiennych stopniach. Ada poszła też za jej przykładem.
Tu na krawędzi przed sosną siedzieli Gajżułłd i Bronka w półleżącej pozie. Gdy ujrzał Marynię, oczy jego pociemniały a przez twarz ogorzałą przesunęła się bladość. Romantyczna przyroda Połągi, muzyka, słońce, zupełny wypoczynek i ciągła podnieta zmysłowa ta odurzającą atmosferą sezonową nastrajały gorąco do miłości. I uczucia młodego oficera, które przed spotkaniem z Marynią miał za umarłe, zbudzone znowu szalały w nim teraz, do czego przyczyniał się najwięcej ten upór i chłód tak kochającego kiedyś dziewczęcia. Przyzwyczajony do stałych podbojów i tryumfów - ten chłód niedostępny doprowadzał go do szału. Stracił apetyt, sen i humor. Wargi miał suche, często zapieczone, w oczach blask gorączkowy. To dusza kaukazkiego górala nie miała hamulca: tak w hulatyce, rozwiązłościach, awanturach, jak w namiętnościach i cierpieniu. Stracił ochotę do zabaw, sportów i hulanek. Często uciekał się do samotności, ścigając z dala wzrokiem postać Maryni. Jakiś ciężar bolesny tłoczył jego istotę i budził niewypowiedzianą tęsknotę. Tylko z szałem szczególnym oddawał się morzu. Gdy rozpalonym na słońcu ciałem rzucał się w spienione fale, pływając godzinami, odczuwał rozkosz nadzwyczajną, ulgę, ukojenie ran wszelkich duszy. A drugą pociechą jego była Bronka. Lubił bardzo jej ciało i ją samą. Odwiedzał ją codziennie i często po dwa - trzy razy na dobę. Gdy czuł jej ciało i ramiona przy sobie, ogarniał go jakiś spokój słodki, lube ukojenie, rozkosz nie tylko zmysłów i lecz i tej wewnętrznej istoty - rozkosz duszy.
Marynia na jego widok też zmieniła się na twarzy, lecz dumnie odwróciła od nich głowę. 
- Byłoby tu przyjemnie posiedzieć - Rzekła. - Ale pozajmowane wszystkie miejsca.
Gajżułłd usłyszał jej słowa. Szepnął coś Bronce i rzekł:
- Proszę bardzo! Ustępujemy miejsca nasze. Nam już siedzieć znudziło, idziemy się przejść.
Wstali oboje. Bronka ukłoniła się Maryni i Adzie. Marynia zaledwie jej skinęła głową. Natomiast Ada, której chodziło o okazję zapoznania się z Gajżułłdem, podeszła do Bronki uprzejmie.
- Dzień dobry, Brońciu!
Podała jej obie ręce i pocałowała w oba policzki. Bronka przedstawiła swego towarzysza. Po swojemu uśmiechnął się do nowej znajomej zalotnie i przy powitaniu silnie uścisnął jej dłoń. Ona odpowiedziała takim samym zalotnym uśmiechem, pokazując dwa rzędy drobnych, białych ząbków. 
- Znam Pana Kapitana z widzenia i opowiadań. Tu w Połądze Pan jesteś głównym przedmiotem uwag i rozmówek...
- Czy tak brak w Połądze ciekawszych zjawisk do uwag i tematów rozmówek?
- "Każda era ma swego bohatera".
- Szkoda tylko, że w każdej erze zbyt przeważająca liczba kobiet do ilości mężczyzn, wobec tego bohaterom na ekranie życia za dużo kandydatek na partnerki, przez to brak artystycznej harmonii...
Tym razem obrotny języczek Ady zatrzymał się trochę za ząbkami. Świdrowała tylko twarz jego śmiejącymi się oczkami. On uśmiechnął się do niej demonicznie. Wreszcie skombinowała odpowiedź:
- Te ostatnie słowa Pana Kapitana mają niewyraźną dla mnie fabułę. Nie wiem, jaki tu sens? Czy osobista filozofia w skomplikowanym charakterze? Czy złośliwość? Czy zarozumiałość?
- W jednej garści to wszystko.
- Widzę, że tu trafiła kosa na kamień. - Roześmiała się Ada. -Może spotkamy się kiedy w chwili dłuższej, wtedy podyskutujemy obszerniej.
-Owszem! Bardzo chętnie!...Z ładnemi osóbkami rodzaju żeńskiego lubię wszelkie dialogi i to w rozmaitych postaciach...
- Dobra jest! A teraz nie przeszkadzam, bo "gdzie dwoje tam biesiada, a gdy trzeci wtedy zdrada". Do widzenia.
Powróciła do swego towarzystwa, Gajżułłd ujął Bronkę pod ramię i oddalili się z Biruty. Nasze panienki i towarzyszący  im oficerowie rozsiedli się na tej krawędzi pod olbrzymią sosną-staruszką, gdzie siedzieli Gajżułłd z Bronką. Marynia dziwnego doznała uczucia siadając na to miejsce, gdzie przed chwilą siedział On, jeszcze ciepły był mech po nim.
Turwidas stał i rozglądał się dokoła z chmurnym wyrazem twarzy.
- Czemu pan nie siadasz? - Zapytała Marynia.
- Nie podoba mi się Biruta dzisiaj, tłum ją szpeci... - Po tych słowach artysta zaczął oddalać się od towarzystwa schodząc po stoku wzgórza. 
- Dokąd Pan uciekasz?
Malarz nic nie odpowiedział Maryni, ani się obrócił ku niej, machnął tylko ręką i zniknął wkrótce w sosnowym lesie ciągnącym się od Biruty do granicy pruskiej. Marynia i oficerowie uśmiechnęli się. Ada zachichotała wzruszając ramionami.
- Jednakże - Powiedziała - w tym młodym człowieku jest coś nienormalnego. 
- Artyści zawsze wyróżniają się swoją indywidualnością - Ujęła się za wielbicielem swym Marynia. 
- On zakochany bardzo w Pannie Marii, a miłość robi człowieka głupcem - rzekł Bortkiewicz.
Na to Stehll z uśmiechem:
- ja stale jestem zakochany w jakiejś istotce płci Ewy, lecz póki co nie uchodzę za głupca. 
- Kto się kocha ciągle, ten nigdy zakochanym nie jest prawdziwie - Zadecydował Bortkiewicz z powagą.
- A Pan do jakich należysz? Do tych co się kochają rzadko i gorąco, czy którzy kochają się często i ulotnie? - Zwróciła się do Bortkiewicza Ada.
- Ja przyznaję miłość w dosłownym jej znaczeniu, a flirt mię nie interesuje.
- O, to dobrana para z moją kuzynką! - Roześmiała się Ada pokazując palcem na Marynię i Bortkiewicza. - Dla mnie zaś miłość ochająca i stękająca jest czemś ckliwem i nudnem, jakąś męczącą miszkulancją uczuć. Najsympatyczniejsze to przelotne flirciki. A mianowicie miły ten sport, gdy sezon jest jego dekoracją, nieprawdaż Panie Władysławie? -Zwróciła się do Stehlla.
- W zupełności upodobania moje zgodne w tym z Panną Adelą.
- Zatem niech oni się kochają, a my będziemy flirtowali, dobrze?
- Wybornie! Proszę dać mnie rączkę. - I Stehll ucałował kilkakrotnie ładne rączki Ady.
Na ścieżynie pomiędzy wzgórzem Biruty i lasem ukazała się olbrzymia postać generała - doktora Nageviciusa. Prowadził pod ramię pannę Birutę i opowiadał jej coś z błogim uśmiechem. Ona czubkiem głowy dosięgała mu zaledwie zakończenia klatki piersiowej, więc zadzierała ku niemu co chwila ładną główkę z miną łaszącej się kotki.
- Idzie generał "ropuchowski" - Zawołała Ada czerwieniąc się z gniewu na sam jego widok.
- Fe, Ado!... - Skarciła ją Marynia. - Jak ci nie wstyd odzywać się tak ordynarnie. 
- On sam dał sobie takie przezwisko. Czy zapomniałaś, jak w swojej przemowie łajał Polaków ropuchami!? Jak on śmie klnąć nasz naród publicznie! Pastuch w generalskim mundurze!...
- Cicho! Mityguj się!...
- W czym mam się ja mitygować?! Ja przy pierwszej okazji w oczy mu to powiem.
- No, dobrze, dobrze!...Tylko proszę ciebie, nie psuj tu nam nastroju.
- Poniekąd - wtrącił Bortkiewicz - oburzenie Panny Adeli całkiem słuszne, tymbardziej jako Polki. Generał użył bardzo niewłaściwego wyrażenia w miejscu publicznym. 
Stehll lubił być przekornym z pannami, chociaż sam był synem ziemiańskiej polskiej orientacji i oburzyło go tak samo jak całą inteligencję polską grubijańskie wyrażenie doktora-generała w publicznej przemowie, powiedział teraz niby serio aby podrażnić Adę:
- A ja nic w tym wyrażeniu nie widzę nagannego. Przeciwnie, Generał tylko dobitnie podkreślił czym są dla nas Polacy. Lud określeń górnolotnych mógłby nie zrozumieć. Teraz przez ten jeden ostry wyraz pojął, że ze wszystkich wrogów naszej ojczyzny najnienawistniejszym jest Polska. Gdyż żaden z nieprzyjacielskich narodów nie skrzywdził nas tak jak Polacy, wydzierając najdroższy gród nasz Wilno.
- A czemu w 1919 roku nie broniliście tego "najdroższego grodu" od bolszewików? A gdy Polacy od nich zdobyli, wtedy zachciało się wam zasiąść na gotowe i to na karkach polskiej ludności, której tam o 90 procent więcej jest od Litwinów.
- Ale w 1920 roku za porozumieniem się z Polską zabraliśmy swoje miasto. Tymczasem gdy Polacy pod Warszawą zwyciężyli bolszewików, odebrali nam Wilno znowu i to podstępem. Tego Litwa nigdy Polsce nie przebaczy. To podzięka Polaków Litwinom za 500-letnią unię!...
Tej dyspucie nie byłoby może końca, gdyby nie przerwała Marynia.
- Zmiłujcie się! Gadajcie choćby o pogodzie byle nie o polityce. Nie znoszę tego tematu!! Ja etnicznie i pochodzeniem rodowym jestem Litwinką. Ale wychowałam się w polskiej mowie i polskim duchu. Więc Polska tak samo jest mnie droga, jak Litwa. Marzeniem jest moim widzieć te dwa narody w braterskiem sojuszu i niezłomnej przyjaźni. A gdy polityka wykopała teraz między tymi dwoma krajami przepaść, jest to dla mnie rana niezabliźniona. Dlatego proszę was - nie rozjątrzajcie tej mojej bolączki.
Oficerowie umilkli i odtąd między nimi nigdy nie powtórzył się ten bolesny temat.

A przez Birutę przepływały wciąż nowe fale publiczności. Przesunęli się Jadzia i jej towarzysz pułkownik Skorupski, w którym chciała widzieć kandydata na swego małżonka. Zjawił się Dżuigiras z panną Reginą. Potem Prostka z panną Domicelą. Przyszły obie Amerykanki, wielbicielki Gajżułłda w towarzystwie swoich ziomków. Przesunęła się okazała postać pani Gregaitisowej, primadonny Opery Państwowej w Kownie, w towarzystwie nieodstępnego małżonka, majora. Przeszła też gwarna i wesoła grupa artystów kowieńskiego teatru, gdzie rej wodził sympatia ogólna dam śpiewak-baryton Sodeika. Pokazał się też w wysmukłej postaci swojej tenor - amant operowy i jeden ze słynnych w tym okresie śpiewaków Cyprian Petrauskas.
Marynia chociaż miała pole do obserwacji, a obaj oficerowie sympatyczni byli i rozmowni, zaczęła się nudzić. Ziewnęła parę razy nieznacznie. Za to Ada czuła się wybornie. Obaj panowie dodatnie na niej zrobili wrażenie, mianowicie Stehll zalotny i żywy. Chciała w nim mieć wielbiciela na epilog sezonowy i nie wątpiła, że dopnie tego celu. Nićmi swego czaru omotała umiejętnie serce młodego oficera. Marynia oburzała się w duszy na kuzynkę. Z jej przekonaniem było niezgodnym, żeby mając narzeczonego, z którym ślub za kilka tygodni, nawiązywać flircik z innym. Rozmawiając z Bortkiewiczem zapatrzonym na nią jak w obraz - rzucała surowe spojrzenia na Adę i Stehlla, blisko pół-leżących obok siebie nad pochyłością wzgórza. Denerwował ją drażniący chichot Ady i wyzywające uśmiechy oficera. 

Tymczasem orkiestry zagrały marsza i ruszyły w stronę morza, żeby wrócić plażą do sanatorium. 
- Hej! Maszerujemy za orkiestrą! - Zawołała Ada zrywając się żywo ze swojej pół-leżącej pozy. Oficerowie poszli za jej przykładem. Bortkiewicz chciał pomóc wstać Maryni.
- Ja tu pozostanę. Muszę koniecznie skończyć tę książkę, aby oddać jej właścicielce. Taka śliczna rzecz! "Gehenna" Heleny Mniszek.
Bortkiewicz objął Marynię marzącym spojrzeniem swych czarnych, smętnych oczu. 
- Będziemy czytali razem - Rzekł cicho.
Marynia uśmiechnęła się do niego tkliwie.
- Już tylko pięć rozdziałów do końca. Nie sprawi Panu przyjemności taka lektura, gdy najciekawsze fragmenty przeczytane. 
- Pani mnie opowie.
-Dzisiaj jestem w milczącym nastroju. Lenię się wszelkich słów. Spotkamy się z panem za parę godzin w parku kurhauzowskim. Przecież dzisiaj od godziny 17 do 19 będzie tam grała orkiestra I pułku. 
Bortkiewicz zrozumiał, że panienka chce być sama. Westchnął tęskno. Jeszcze jedno przeciągłe, smętne spojrzenie i ... dopędził Adę ze Stehllem. 
Marynię zmęczyło towarzystwo. Tęskniła do dumań swoich i samotności. Teraz dobra okazja pozostania samej. Chwilę siedziała niby czytając. Potem, gdy uważała, że odeszli od niej daleko, zamknęła książkę i szybko zaczęła schodzić ze stoku wzgórza. Zatopiony w słonecznym złocie las otoczył ją ciszą. Odetchnęła całą piersią - nareszcie była sama!
Śmiało się radośnie słońce, cicho szemrały sosny, szumiały fale morza. Gdy była daleko od Biruty, wybrała sobie miejsce odpoczynku na kraju lasu przytykającym do plaży. Wyciągnęła się na małym pagórku pod rozłożystą sosną, zakładając ręce pod głową. Miała ponad sobą rozedrgane słońcem lazury i rozkołysane wiaterkiem ciemno-zielone sosny. Przed nią bielały wydmy plaży, a za niemi modrzała bezkresna dal morza. 


Bałtyk, lipiec 2015

Marynia nie upajała się pięknem otaczającej ją przyrody, wzrok jej ginął w labiryncie myśli.
- On!...Zawsze on!...
Snuje się po jej duszy jak widmo piękne i złowrogie. Pochłania myśli...Rozdziera serce...Wysysa krew...To unosi ją ułuda szczęścia...To rzuca znowu w mrok rozpaczy...Nie ma chwili spokoju. Rozżarzone uczucia palą istotę jej, niszczą...Ostatnie zdarzenia tkwią nieodstępnym wspomnieniem. Rozrzewnia do łez ten moment, gdy w pierwszą noc ich spotkania klęczał z taką pokorą i miłością u jej stóp przy progu drzwi. Oczyma i słowami tak błagał ją wtedy o przebaczenie, a ona odepchnęła go tak okrutnie. A te spojrzenia jego takie pełne uczucia i tęsknoty, które jej zasyła przy każdym spotkaniu przelotnym. A ta jego szalona scena zazdrości, którą wyrządził jej wtedy na plaży. Jak słabiał nad nią z pragnienia jej ciała, jednakże opanował się, nie uczynił krzywdy i przeprosił tak pokornie za ten swój wybryk. Jeżeli ją naprawdę tak kocha, dlaczego ciągle zdradza? Dlaczego asystuje stale Bronce z taką gorącą dla niej przychylnością, co wskazuje większe do tej dziewczyny przywiązanie? Czemu łajdaczy z Amerykankami, Rachelą, Sędziną i tą potworną starą Baronową?
Gdy pomyśli o tych romansach jego, wtedy Marynię ogarnia wprost furia. W takich momentach czuje do niego wstęt, pogardę, nienawiść i straszliwą chęć zemsty. Gdyby mogła, okładałaby go szpicrutą, kopała nogami. Wówczas przestaje wierzyć w jego uczucia dla niej, uważając go jeno za babnika, łajdaka, przewrotnego donżuana. Czemu ona, gdy tylko jego miłuje nie chce wychodzić za mąż ani romansować z żadnym mężczyzną, nawet z takim ciekawym i imponującym typem, jak prokurator wojenny Batajtis, takim miłym i ładnym jak lejtnant Bortkiewicz i takim ślicznym, zakochanym w niej artystą jak Pranas Turwidas??
To znowu otacza ją korowód wspomnień z tych ich namiętnej i cichej idylli. Za tymi dniami tak bezpowrotnie minionemi do szału ją wtedy nękała tęsknota. Obwiniała najwięcej ojca, on był zburzycielem ich szczęścia. gdyby zezwolił wtedy na ślub, nie wywiózł ją do Warszawy, byłaby dziś żoną ukochanego człowieka. Już miałaby chyba i dziatki. Śliczną kruczowłosą córeczkę, z szafirowemi oczyma. Miałaby bujne loki, matową buzię, czerwone usteczka. Ubierałaby ją w jasne, powiewne sukienki i takby ją kochała, pieściła, całowała! A Miry? Jakby on pociesznie wyglądał w roli tatusia! Chacha! Czy kochałby swoją córuchnę? Naturalnie! On ma dobre i kochające serce pomimo swojej dzikości. Ileż byłoby szczęścia! Ileż szczęścia!!...On wtedy nie był jeszcze zepsutym przez kobiety, kochałby całym afektem namiętnej swej natury tylko żonę, mając zawsze przy sobie kochaną i kochającą małżonkę byłby na pewno jej wiernym. I byłaby wtedy najszczęśliwszą z kobiet na ziemi. A teraz łzy, ból i tęsknota!... On winien wszystkiemu, on! Ten stary, zapleśniałych zasad ojciec!... Zabił jej szczęście, zabił na zawsze.
Gdyby tak przyszedł Miry znowu do niej jak w tę noc pamiętną, błagając powtórnie ją o przebaczenie, nie odepchnęłaby go teraz, nie! Oplotłaby szyję jego ramionami i powiedziała: "Kocham i przebaczam, ale przysięgnij mi wierność, albowiem najboleśniejsze dla mnie to wyuzdanie twoje".
Lecz on już nie zbliżał się do niej, nie przemówił nigdy ani się kłaniał. Tylko krążył w pobliżu jak zły duch i hipnotyzował ją temi spojrzeniami jemu właściwemi.
Nie mogąc znieść męki tego dziwnego stosunku z ukochanym Marynia chciała wyjechać z Połągi, lecz jakaś siła mroczna trzymała ją tutaj. Zwlekała z wyjazdem z dnia na dzień. A zresztą jakąż ulgę w jej cierpieniu przyniesie Stargwiłłowo? Chyba tylko tyle, że nie będzie wpadała w to rozdrażnienie jak tu, gdzie Go widuje tak często. Ale z tą nerwów udręką szła w parze też nadzieja... Może On jeszcze raz zbliży się do niej, a wtedy... Ta nadzieja była podporą jej ducha, ulgą tęsknoty...A tam- w Stargwiłowie otoczy ją bezbrzeżna apatia, grobowy spokój rezygnacji...
Zamajaczył w dumaniach jej dom rodzinny: biały staroświecki dwór tulący się do drzew prastarych...Chmurny i dumny ojciec...Wiecznie drepcąca ciocia Paulina. Wielkie, mroczne pokoje...Wśród ścian tego starego dworu taką ona zawsze czuła się samotną po śmierci matki. Tam myśli nieraz przybierały postacie mar i trwożyły duszę wśród tego pustkowia i ciszy.
Gdyby majątek był w tym samym 1300-hektarowym obszarze, mogłaby wyjechać do Paryża i wstąpić na studia uniwersyteckie. Nauka, praca umysłowa najlepsze lekarstwo z choroby miłosnej, przy tem zmiana życia w jednym z najciekawszych miast świata. Teraz nie było już możliwości na wyjazd i naukę zagranicą, odkąd agrarna reforma (utwierdzona w Litwie do 1 I 1922 r.) zabrała pod parcele ich folwarki pozostawiając tylko tylko centr ze 150 hektarami.
W jakieś nieznane egzotyczne krainy. To oddałoby wygląd odmiennych, wspaniałych krajobrazów, ciągle nowe spostrzeżenia i obserwacje. Może wtedy znalazłaby zapomnienie?
Przymknęła oczy - i otwarłyby się nowe horyzonty: bajeczne krainy w błękitach i słońcu...Niebotyczne palmy...Olbrzymie góry tonące w lazurach śnieżnemi szczytami...Wspaniałe puszcze podzwrotnikowe. Ludy nieznane i tajemnicze...Marmurowe pałace i mistyczne świątynie...Ona błądzi wśród tych cudów natury upojona ich czarem. Wtedy staje przed nią posąg żywy we wschodnich szatach, na śnieżnobiałym arabie. Oczy ciemne, te oczy szczególnie odbijające kolory patrzą na nią spod sumowatych brwi miłośnie i dziko...
On!
Usta jak świeża krew czerwone rozchylają się w uśmiechu odsłaniając białe, drapieżne zęby. "Maryniu, jak wicher gnałem po świecie, szukając cię wszędzie. Znalazłem!...Nikt i nic nas teraz nie rozdzieli!!"
Porywa ją ze szmaragdów egzotycznej ziemi. Namiętnym ruchem do wzburzonej piersi tuli i unosi cwałem na cudnym swoim rumaku o czarnym karku aksamitnym a grzywie śnieżno-białej. Hen! W dal tajemniczą ku niebotycznym skałom, chmurom, ku siedzibie, grocie kryształowej.
I czuje Marynia jak na jawie bujną wyobraźnią marzycielki-Litwinki ów pęd szalony araba, uścisk gorący ramion kochanka i jego palące pocałunki.
Rozkoszny zawrót głowy...Czarowny sen, myśli jak na jawie...śni i śni...Wtem nad jej głową zakrakał kruk czarnopióry jak szyderskim śmiechem. Otrząsnęła się z tych snów marzeń zbudzona do rzeczywistości i wzrokiem zamglonym spojrzała dokoła.
On!...Ciągle on!...
Powtórzyła głośno. Rozpacz brzmiała  w tych słowach. 
- On, albo... śmierć! - Dodała.
Teraz obraz nowy: Noc ciemna i głucha. Ona w bieli i mirtowym wieńcu leży na katafalku. Płoną gromnice wśród rozstawionych kwiatów. Gromada ludzi klęcząc dokoła dębowego stołu, na którym stoi krucyfiks śpiewa za jej duszę posępne pieśni pogrzebowe. Otwierają się drzwi i wchodzi On, blady jak jej suknia trumienna. Zmartwiały, bez życia klęka przy jej katafalku. Potem idzie za trumną podobny do trupa żywego. Patrzy bez ruchu jak trumna ta znika pod warstwami ziemi. Wszyscy opuszczają mogiłę, On pozostaje.
- "Boże, rozdzieliłeś nas za życia, połącz teraz duchy nasze!" Kieruje brauning do serca i upada martwy na jej mogile. 
Szara mgła zasnuwa oczy Maryni. To łzy. Wielkie, gorące staczały się jedna za drugą po twarzy.
- Cóż się stało "Panele Maryte"? Dlaczego płaczesz!?
Nachylony troskliwie stał nad nią malarz Turwidas, sam omal nie płacząc na widok łez ukochanej. Marynia zerwała się prędko ocierając oczy i siląc się na uśmiech. On tuląc w dłoniach jej ręce dopytywał tkliwie, co ją dolega?
- Nic!...Chyba histeria...
Zaśmiała się nerwowo śmiechem do jęku podobnym i łzy nowe trysnęły jej z oczu.
- Panno Maryniu! Najdroższa Panno Maryniu! Ty cierpisz...Serce mnie się krwawi, gdy łzy twoje widzę. Ja ciebie tak kocham!!!...
Pierwszy raz Pranas otwarcie przyznał się do swoich uczuć. Nie wyrwała rąk z jego dłoni. To szczere współczucie ślicznego artysty niosło ulgę jakąś jej zbolałemu sercu. Patrzyła smutnie w jego piękne, wilgotne, szafirowe oczy. Znowu przeszył ją ból. - Czemu to ten,... a nie tamten!...
- Tyś dobry bardzo, Panie Franciszku, ale nie dopytuj o moich łez przyczynę. Nie mogę Panu odpowiedzieć...Ja często sama nie rozumiem siebie. Rada jestem żeś przyszedł. Pójdźmy razem.
Artysta ujął ją pod ramię nieśmiało, delikatnie i szli tak we dwoje. Słońce skłaniało się nad zachodem. Las zaległ cień liliowy poprzecinany miejscami różowo-złotemi zygzakami.
Zbliżyli się do Biruty. Nie było już tu spacerujących, wszyscy podążyli do parku kurhauzowskiego gdzie teraz grała orkiestra wojskowa. Wiatr i tu zanosił dźwięki stłumione muzyki. Weszli na małą Birutę, chcieli stąd obserwować zachód słońca. Usiedli na ławce. Marynia splotła na kolanach dłonie i patrzyła w siną dal morza. Pranas oparł się łokciem o poręcz ławki, a głowę wsparł na ręce i nie odrywał od niej miłujących oczu.
- Panno Maryniu, czy wiesz, że ja pokochałem ciebie od pierwszego ujrzenia?
Spojrzała na niego łagodnie.
- Chcesz, panno Maryniu? Ja przeczytam ustęp z mego pamiętnika, wtedy zrozumiesz, dlaczego miłość do ciebie tak nagle zbudziła się we mnie.
Roztworzył gruby czarny zeszyt i czytał.

Połąga - 7/VII-22 r.
Rozmiar wód olbrzymi szalał i huczał, a nad nim ołowiane zwieszało się niebo. Z szumem potężnym spienione bałwany biły o brzeg piaszczysty. Plaża była szara i pusta, tylko w dali majaczyła sylwetka kobiety. Zbliżała się coraz bardziej i ...ujrzałem ją z bliska: oczy koloru chabrów, w złotej oprawie, warkocze jak z żytnich kłosów, usta koloru maliny. Przeszła, jak wizja z krainy baśni - wysmukła i wiotka.
To Ona! Ja widziałem już ją w snach moich.

Połąga - 9/VII - 22 r.
Chodzę jak błędny wśród czarownej morskiej natury. W duszy mej łka tęsknota.
...Szukam Ją wszędzie i spotkać nie mogę...Pragnę ją znaleźć i nadzieją tą żyję...U stóp jej słać będę cudne uczuć kwiaty, bo ona jest żywym mych marzeń wcieleniem.

Połąga - 12/VII - 22 r.
Smętną pieśń grają fale Bałtyku, na nich się ścielą zachodnich zórz blaski. Zagasły ostatnie słońca promienie za tonią wód kryształową... Spoczywam na białych tu wydmach plaży, a pierś moją tłoczy jakiś smutek ciężki...
Jak zbliżyć się do niej?? Świat dla mnie bez niej bezbarwny i pusty a życie wieczną będzie tęsknicą!...

Połąga 14/VII - 22 r.
Dusza ma buja w błękitach abstrakcji, gdzie snuje się Ona - wizja czarowna...Dokoła niej przędę złotą aureolę gwiazdy mych myśli... O przybądź do mnie mych marzeń królowo!! Sny moje słodkie zmień w rzeczywistość!!..

Połąga 16/VII - 22 r.
Świat śmieje się do mnie promieniami szczęścia, a dusza śpiewa pieśń radości!... Spotkałem Ją, spotkałem!!! Modre oczy jej gwiazdy płonąć teraz będą na mego życia niebie...
O Ty przepiękna!! Bądź mej miłości koroną! Mych marzeń złotym szlakiem! Mego ducha skrzydłami!  Ty mirażami wyścielesz moją drogę, a życie zrobisz baśnią cudowną!!

Połąga - 23/VII - 22 r.
Kocham! Kocham! Kocham! Rozszalła istota moja czołga się u Jej stóp z tym okrzykiem serca.
Gdy Ona jest ze mną, świat się rozpływa w różaną mgłę, a tylko Ona jedyna przed Oczami memi...
Spalonemi gorączką wargami całowałbym jej jasne warkocze i ślady stóp.
Och! Za tę miłość oddałbym życie. Ale czasami jak mara śmierci zazgrzyta myśl: może Ona kocha innego?? Wtedy noc czarna osnuwa duszę i świat się wydaje piekielną otchłanią.
Nie chcę ją pytać, nie chcę!.. Może to szczęście moje znikoma ułuda i szyderską dłonią złowroga ją starga rzeczywistość? 

Umilkł na tej strofie Turwidas i podniósł na Marynię zamglony wzrok. Wzruszona do głębi siedziała ze spuszczoną głową. 
Słońce już zachodziło. Tarcza złotopurpurowa zapadała z wolna  w szafirową toń. Morze tęczą zmieniło się blasków, odbijając w lustrzanej tafli seledyny nieba gorejące zorzami zachodu. W przestrzeni się niosła muzyka fal.
On drżącemu dłońmi ujął ręce Maryni.
- Panno Maryniu! Rozumiesz?...Ten pamiętnik to spowiedź mego serca.
Podniosła na niego zroszone łzami źrenice.
- Tak!... - Szepnęła. W tym jednym cichym słowie brzmiało tylko tkliwe współczucie.
Oparł głowę o jej ramię i przymknął oczy. Ogromne czarne rzęsy rzucały długie cienie na świeże, rumiane policzki, a złocisto-brązowe kędziory otulały miękką ramą tę młodzieńczą twarz.
Marynia wpatrywała się w niego długo...długo...Jakiż on śliczny! Młodzieńczy! To kwiat polny z łąk i gajów litewskich.
Przesunęła dłonią po bujnych jego włosach. Pieściła je chwilę gładząc i muskając aksamitne pukle. Każde dotknięcie jej palców rozlewało w nim ciepło nieznane. 
Już słońce znikło nad widnokręgiem morza i mrok zaczął się snuć wieczorny.
- Maryniu, powiedz! Czy kochasz?...
Dziewczę milczało. Z tych cieni wieczornych płynęła do niej blada tęsknica i z jękiem spadła na duszę...Znowu tak smutno, tak nudno!...Czemuż to ten, a nie Tamten?! Gdyby to On tak siedział tu obok...wśród tej idyllistycznej dekoracji natury. Czemuś to Miry nie jest taki młodzieńczy, czysty i dobry jak Pranas?!
Potem pomyślała, gdyby Włodzimierz był podobnym do Turwida, może nie posiadał takiego uroku. Właśnie, pociągał i ten demonizm jego.
Siedziała przy ramieniu artysty melancholijna i blada. Coraz większe ściskało ją przygnębienie. Zamiast odpowiedzieć na jego pytanie zaśpiewała rzewną piosenkę improwizacji własnej. 

Widzisz, jakie cudne morze,
Gra muzyka tęskna fal
Gasną już wieczorne zorze
Mrok osnuwa srebrną dal...

A mnie nęka tak tęsknota,
W piersiach jeno grają łzy...
Duszę moją ból przesyca,
W mrokach smutku płyną dni...

Jej głos rozbrzmiewał melodyjnie wśród ciszy wieczornej i echem niósł się po cienistym parku.
Turwidas nie spuszczał z niej pałających oczu. Tulił się delikatnie do jej ramienia drżący jak liść osiny. Marynia oparła o poręcz ławki głowę i zapatrzyła się w niebo powleczone zmrokiem. Coraz liczniej zapalały się gwiazdy. 
Jakieś czarne jak grób przeczucie przeszyło jego duszę i bladość przyoblekła twarz.
- Ty...kochasz...innego...
- Tak - Odparła smutnie i cicho nie odrywając oczu od gwiaździstych przestrzeni, po jej policzkach toczyły się łzy jedna za drugą. Płakała z żalu nad nieszczęśliwą miłością jego i własną. A pod nim świat i życie zapadały w otchłań...
Schylił się...zgarbił...Skurczył...Uciekło z niego życie, zamarł człowiek...Stał się bryłą ołowianą...

---------------------------------------------
(1) Litwo, ojczyzno nasza
(2) Kurorcik letniskowy pruski zaraz nad granicą prusko-litewską.
(3) Jak u nas Częstochowa, we Francji cudowne miejsce Panny Marii nazywa się Lourdes.

niedziela, 25 listopada 2012

Rozdział XVI Szatan erotyki

 W Pogelindach stała się katastrofa: starą służebnicę Magdalenę pobódł byk rozjuszony dzierżawców i przez kilka tygodni musi leżeć w łóżku. Na ten czas choroby Pani Joanna wzięła do pomocy kilkunastoletnią dziewczynkę, której opiece nie można zaufać całą gospodarkę domową i gotowanie obiadów Panu Antoniemu. Więc Pani Joanna musiała powrócić do Pogelind i Bronka pozostała bez opieki mamusinej. Wielka w tym była troska Pani Joannie. Trudna rada! Nie mogła pełnoletnią córkę zmuszać, żeby przerwała sobie sezon i powracała z matką do domu. Radziła Bronce żeby „dla przyzwoitości” przeniosła się z Domku Mickiewicza do siostry przyrodniej, Pani Wandy, zamieszkałej o kilka domów dalej. Na swoje mieszkanie zaraz znalazłaby letników, którzy daliby dobre „odstępne”. Bronka i słuchać nie chce o takich przenosinach. „Nie ma głupich!” - odpowiedziała. Takie potulne, idyllistyczne mieszkanko miałaby zamienić na kącik u siostry, gdzie dwoje dzieci – siostrzeniec i siostrzenica mąciliby jej spokój, a kpiarz złośliwy, szwagier robiły docinki ciągłe tak, jak on to lubi. Niech Mamusia chociaż raz zrozumie, że ona jest pełnoletnia i jak najlepiej potrafi opiekować się sobą sama. A Mamusia stale uważa ją za małą dziewczynkę. W jej latach tyle cór ziemiańskich lub zamożniejszych mieszczanek wyjechała na studia zagranicą bez żadnej opieki zgoła. A ją matka obawia się zostawić jedną w Połądze, 23 km od siebie – to skandal! Mamusia ją wprost kompromituje takim brakiem zaufania w jej charakter i rozsądek. Mamusia tłumaczyła z powagą:
- Gdybyś ty była taką jak Wanda, czy Marylka, tobym i w Paryżu nie lękała się o ciebie. Ale taki trzpiot jak ty!... Amatorka wrażeń i awanturników...A wiesz co grozi pannom jeżeli stracą cnotę? Po pierwszej nocy poślubnej mąż ma prawo rzucić i zażądać rozwodu!! Była raz pod Telszami taka skandaliczna historia z jedną ziemiańską córką. I cóż...Musiała opuścić Litwę. Wyjechała aż do Ameryki, bo wśród tutejszych była napiętnowana.
 Bronka ze zwykłą sobie szczerością i humorem zapewniła Mamusię, że o jej „cnotę” może być całkiem spokojna, „nawet Gajżułłdowi bez ślubu nigdy by nie oddała.” Więc poczciwa Mamusia przeżegnała córkę i jej mieszkanie kilku znakami krzyża i z rezygnacją wyjechała do swojej gospodarki i męża.
Jednakże ta tak pożądana swoboda całkowita nie naprawia melancholijnego nastroju Bronki. Co jej z tego! Po tym pamiętnym balu w Juracie Gajżułłd zaprzestał jej towarzyszyć, a nowi asystenci nie interesowali ją zgoła.
 Teraz siedzi smutna w kwiatowym zachowanku, na ławeczce opartej o południową ścianę Domku Mickiewicza. Szpalery drzew, krzewy wonne i kwiaty zasłaniają zupełnie ją od oczu ciekawych. Ma przy sobie książkę ciekawą, lecz czytać nie może, przeszkadzają myśli, smutek i niezadowolenie z życia. Korzystając z chwil samotności dała dumaniom swoim folgę, bo tak mało we dnie bywa sama, stale towarzystwo przy niej Jadzi (która teraz i na stołowanie do nich z kurhauzu przeszła ze względu na ekonomię) lub oficerów. Teraz Jadzia pojechała z jakąś damą znajomą do Kłajpedy, żeby kupić nową suknię na zapowiadający się bal w sanatorium oficerskim, gdzie nawet Prezydent Stulginskis i Premier Gałwanauskas mają uczestniczyć. Właśnie dla tych głównych przedstawicieli Ministerstwa ten bal oficerowie organizują. Drzwi od wejścia frontowego Bronka zamknęła na klucz, a sama tu się skryła wśród kwiatów ogródkowych i za wysokim żywopłotem spirei i innych wonnych, bujnych krzewów kwiecistych.

 Siedzi Bronka w kwiatach z głową opartą sennie o szarą ścianę domku i duma. Nie ma innego kierunku swoim myślom, tylko o Nim...
 Dlaczego On ją tak dręczy, nie przychodzi, nie odwiedza? A wie jak jego towarzystwo jej pożądane! Spotkali się znowu na balu i tylko parę tańców z nią przetańczył, asystując po kolei kilku kobietom: Amerykankom, Sędzinie, Racheli. Żeby nie zdradziłaby się przed nim z uczuciem swoim, nie dała się jemu całować i hołubić, nie byłoby w jej istocie takich przeżyć, żalu upokorzenia.
Plótł, że „nie chce ją mieć na sumieniu” - dudki! Ona nie taka frajerka, jak damy kowieńskie, które ma na swoje skinienie. Nie! Nie! Mogłaby się całować całą noc, ale „cnoty” nie odda. Nigdy!!
Bronka nawet zrozumieć nie może takich panien, które mając z domu kulturę, kierunek i wychowanie inteligentne mogą mężczyźnie się oddać jak pierwsza lepsza z ulicy – fe! Ohyda! Co innego całować się, pohołubić, na to można sobie pozwolić z kochanym chłopakiem, lecz „cnota” powinna należeć tylko mężowi. Jedna jej koleżanka z domu artystycznego stała się matką nielegalną. Zwierzyła się przed Bronką, że mężczyzna doprowadził ją do tego pocałunkami.
 Jakież to mogą być pocałunki odbierające trzeźwość i panowanie woli?? Ona kłamała przed Gajżułłdem, że nie całowała się ze swymi narzeczonymi. Miała ich pięciu i z każdym po trochę pozwoliła sobie na pocałunki.
 Owszem, to przyjemna bardzo zabawa te pieszczoty z pocałunkami drugiej płci. Lecz żadnego z nich pocałunki nie odurzały ją do nieprzytomności. Nawet specjalnego nie czuła upojenia.
I zastanawiała się nieraz – co właściwie te pocałunki dają, że mają być, rozkoszą, niebezpieczeństwem wielkim dla niewinności, pożądaniem itd. Ona nawet szczególnej rozkoszy nie wyczuwała w tych pocałunkach. Przecież i Gajżułłd ją pocałował wtedy...w przerwie tańców...za tą egzotyczną rośliną, na kanapie...I na przechadzce, po tej serenadzie, którą z własnej improwizacji mu zaśpiewała. Jego pocałunek był przemiły: taki przeciągły, gorący, mocny, na piersi swojej ramionami zamknął jej talię, a udami objął namiętnie jej biodra. To był najrozkoszniejszy ze wszystkich pocałunków jakich kiedykolwiek zaznała, ale nie taki żeby się mogła zatracić i oddać się jemu jak żona mężowi.
 Może dlatego, że ten pocałunek był nie powtórzony, więc nie rozbudził zmysły? No, ale z tymi narzeczonymi...? Nawet smaku teraz przypomnieć nie może, takie były błahe. A przecież ci narzeczeni nie byli jakimiś straszydłami narzuconymi. Przeciwnie, sama ich sobie wybierała – bez przymusu – z wolnej woli.
Pierwszy to był 20-letni student medycyny, nazywał się Dominik, wysoki, wysmukły, złotowłosy, z szaro-szafirowemi oczyma i dużym orlim nosem, ładnie śpiewał, grał na mandolinie i tak ją kochał! Ich miłość to była poezja sielska, wśród tych malowniczych okolic Pogelind, pól, łąk, gajów, lasów i wód. Potajemnie dali słowo sobie, gdyż on chłopskim był synem i biednym chłopakiem, którego kształcił stryj – ksiądz, przytem nazwisko miał chłopskie litewskie z końcówką na is, ojciec Bronki nigdyby nie pozwolił wyjść za niego zamąż, marząc o zięciu Polaku- szlachcicu dla swojej jedynaczki ukochanej. A i ona sama nie miała chęci zostać żoną Dominika, tylko chciała się pobawić w miłość i narzeczeństwo. Marzeniem jej było mieć męża legionistę polskiego, bo to był rok 1918-1919, gdy Ojczyzna nasza zrzuciła kajdany niewoli i powstawała pierwsza polska armija, bohaterskie legiony. Pośród naszego narodu było wtedy nadzwyczajne napięcie patriotyczne, entuziazm szczytowy. Ten zapał bohaterski dla wolnej ojczyzny ogarniał wszystkie warstwy społeczne i klasowe. O upragnioną wolność Polski walczył wiejski lud chłopski, walczyli mieszczanie- inteligencja i robotnicy, walczyła szlachta zagrodowa, ziemiaństwo i arystokracja.
 „Polska wolna! Polska wolna!” - Tym okrzykiem szczęścia najwyższego wołała cała istota naszego narodu.
I w Litwie młodzież polska opuszczała swoje rodziny, majątki i kochanki uciekając do Polski pod oręż naszych legionów. Taki sam entuziazm patriotyczny był i w sercu Bronki. Układała wiersze i pieśni o wolnej Polsce. Miała wtedy 17 lat i razem z koleżanką swoją Tuńką Wojtkiewiczówną przygotowały się zwiać przez zieloną granicę i wstąpić do dywizji legionistek polskich w Wilnie. W tę noc która miała byćostatnią nocą w jej domu rodzinnym - zachorował poważnie ojciec Bronki na ataki wątrobowe. Bronka bardzo kochała ojca, a będąc i przez niego umiłowaną jedynaczką, zrozumiała, że taka jej awantura zabiłaby go, wobec tego pozostała przy rodzicach. Natomiast wymogła od rodziców, żeby odbyć podróż do Polski, powitać zmartwychwstałą Ojczyznę, zobaczyć polskie wojsko i to nowe życie wyzwolonego narodu naszego.
 Papo i Mamusia dogodzili żądaniom jedynaczki i w początkach 1920 roku korzystając z okupacji francuskiej nad Kłapedą, pojechali wszyscy troje cichaczem przez Prusy Wschodnie. Jechać bezpośrednio przez granicę polsko-litewską było przez władzę litewską zabronione, ze względu na ostry konflikt Litwy z Polską, który zaczął się jednocześnie ze zdobyciem niepodległości obu tych krajów. Polska chciała powrotu unii, a Litwa wolała całkowitą niepodległość. Wtedy przyczyny główne zatargów były część Suwalszczyzny i Wilno, które Litwa uważała za etnograficzne ziemie swoje. Natomiast Polska z powodu że na tych ziemiach wielki procent przeważała ludność polskiego narodu - nie uważała za rację koło miliona Polaków podarować Litwinom. 
 Gdy przejechali w Lipówku pruską granicę, Bronka zobaczyła w Raczkach pierwszych oficerów polskich: w ładnych mundurach, w konfederatkach, z pięknymi wąsami. Bronką zainteresował się bardzo komendant pogranicznej straży, pan Mieczysław. Złożył wizytę w Suwałkach, gdzie Bronka z rodzicami zatrzymali się na parę tygodni, bo Pani Joanna miała tam dom własny, który oddała starszej córce pierwszego małżeństwa. I wizytował stale, gdy miał wolne od dyżurów dni. Nie był gustem Bronki. Ona lubiła wysokich, wysmukłych, o podłużnych twarzach i matowym kolorycie. A Pan Mieczysław był typ szlachcica kresowego: pleczysty, rumiany, z okrągłą twarzą, główna ozdoba jego były wspaniałe ciemne wąsy i błękitne oczy. Był już w tym wieku kiedy mężczyzna tęskni do życia małżeńskiego, miał 32 lata. Śliczna 18-letnia Bronka bardzo mu się podobała, a gdy dowiedział się z ust wiarygodnych, że to i dziedziczka w przyszłości, nie tracąc czasu oświadczył się przy szóstej wizycie o jej rękę, bo ta kokietka dawała mu pozory też wielkiej sympatji.   Bronka bez namysłu zamieniła narzeczonego, biednego studenta-Litwina na polskiego oficera wyższej rangi.
Z tym zaręczyny odbyły się oficjalnie, przy błogosławieństwie obojga rodziców. Bronka przedewszystkim uczuła triumf, że w przeciągu parutygodniowego pobytu w Polsce zdobyła kandydata na męża w osobie polskiego komendanta. Chciała nawet od razu wziąć ślub nie zwlekając, lecz ojciec nie zgodził się na takie nagłe rozstanie z jedynaczką, przeznaczyli termin do jesieni.
 Z Suwałk wracali do Litwy przez Grodno i Wilno. W Wilnie zatrzymali się u ciotecznej siostry Pana Antoniego, cioci Bogusławy, mającej posiadłość ziemską koło Święcian i kamienicę własną przy ulicy Mickiewicza. Ta można pani przeżywała tragedię: syn jedynak, kapitan ułanów zakochał się w aktorce z teatru wileńskiego. Chociaż miał serce zajęte aktorką, podobała mu się bardzo kuzyneczka z Żemaitiji. Na towarzyszenie jej poświęcał wszystkie wolne chwile. Pani Bogusława łudziła się, że Bronka jako młodsza i ładniejsza odbija afekt syna od aktorki i tej nadziei chwyciła się jak tonący brzytwy. Wobec tego namówiła kuzyna, żeby zostawili u niej Bronkę na kilka miesięcy, obiecując opiekować się nią tak, jak "rodzoną córką". Taka propozycja dziewczęciu uśmiechała się bardzo. U ciotki był kwaterunek oficerski, ogromny salon, wielki ruch towarzyski. Gdy Bronka pozostała a rodzice jej odjechali, kuzynek przestał uważać ją za gościa i powrócił do aktorki. A Bronka zapoznała się z młodym porucznikiem ułanów, który kwaterował u ciotki. Zapędził się w niej straszliwie od pierwszego spotkania. On więcej był w jej guście, jak Pan    Mieczysław: młodszy, żywszy, zalotniejszy, elegantszy. Gdy po jego wyznaniu miłości Bronka przyznała się, że jest zaręczona z innym, on wpadł w szał, powiedział, że nie odda ją nigdy żadnemu mężczyźnie "po moim trupie" - było kategoryczne jego zastrzeżenie. I stało się tak że przysiągł jej wierność w Ostrobramie, wziął od biskupstwa indult z terminem ślubu na dzień św. Jóżefa (teraz był wielki post). Tak jak przed paru miesiącami Bronka napisała zerwalny list do studenta Dominika, donosząc o zaręczynach swoich z komendantem polskiej straży pogranicznej, teraz oznajmiła listownie o nowym narzeczonym swoim pana Mieczysława. 
 Tymczasem zaostrzyła się linia bojowa na wschodzie. I trzeci narzeczony Bronki niespodzianie wysłany został na front, a przy pierwszej walnej bitwie pod Mińskiem poległ na wieki.
Do tego trzeciego narzeczonego nie czuła też Bronka gorętszych uczuć, podobał się jej więcej od komendanta, a mniej od studenta Dominika. Gdy powróciła do Pogelind, chciała odnowić przyjaźń z tym najpierwszym, lecz on dumnie usunął się raz na zawsze,. nie mogąc przebaczyć zdrady i krzywdy szczerych swoich uczuć, a uraza Litwina jest głęboka. Rzucił medycynę i wstąpił do szkoły oficerskiej, jako zdolny i solidny awansował szybko.
 Czwarty narzeczony - ów Henryk, którego wypominał Papo i wzmiankowała ciocia Fruzia - na razie z tych narzeczonych zrobił na Bronce wrażenie największe. Jej gust: wysoki brunet o wspaniałych czarnych oczach, namiętny, awanturnik. Potem przypatrzyła się, że włosy miał szczotkowate, króciutko ostrzyżone, zagrożone łysiną, czoło zaniskie, nos niekształtny, w górnym rzędzie brakowało dwóch zębów, głos przepity, brak wymowy i dowcipu, przy tem za stary dla niej: ona miała lat 19 a on 30 kilka. 
 Piąty narzeczony był ów Raczysław: wysmukły, subtelny, z miłą i rasową twarzą zdradzającą "błękitną krew", z temperamentem, rozmowny, dowcipny, świetny tancerz. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, gdy w Kretyndze z okna swego mieszkania zobaczył ją przejeżdżającą konno.
 Młody to był chłopak, z ziemiańskiej rodziny, odbywał służbę wojskową jako urzędnik-buchalter w intendenturze. Oszalał za tą dziewczyną. Raz na balu gdy był gazem, publicznie rzucił się przed nią na kolana mówiąc: "Kochaj mnie! Miłość twoja lub śmierć moja!" No i wbrew ostrzegawczemu rozsądkowi i przestrogom przyjaciół zaręczyła się z nim. Był to młodzian rozpieszczony bardzo przez mamusię-wdowę, wyuzdany, lekkoduch. Raptem zachorował. Zamiast w wojskowym szpitalu litewskim leczył się w Kłajpedzie w szpitalu niemieckim. To choroba ogłoszoną była jako ciężkie zapalenie płuc. Potem okazało się, że to "wenerka". Wówczas Bronka miała pretekst do zerwania z nim. 
Tak dumając samotnie Bronka przebiegała myślami tych wszystkich pięciu narzeczonych. Żadnego chyba  z nich nie kochała, wobec Gajżułłda byli oni dla niej jak gwiazdy wobec słońca. Jednak oni kochali Bronkę. Każdy z nich miał w uczuciach swoich cel, aby ją posiąść jako małżonkę. A Gajżułłd?...
Nie chce być jej mężem, ani kochankiem, ani towarzyszem. A mówi, że jest jej przyjacielem, że ją ceni, że bardzo mu się podoba, kazał nazywać się z nim na "ty" itd.
 Co on właściwie myśli? Czego chce? Gra z nią w jakąś ciuciubabkę... Coraz Bronce smutniej. Coraz większe ogarnia ją przygnębienie. Chyba nigdy nie czuła się taką nieszczęśliwą jak teraz.

Hej! Dzieweczko moja miła!
Gdzie-żeś ty jest, gdzie?
Czemuś się ode mnie skryła?
Serce woła cię!...
Zaśpiewał niski i miękki znajomy baryton. Wśród powodzi kwiatów pod szpalerem starych drzew stał Gajżułłd i wyciągał na powitanie ramiona. Radość Bronki trudno wyrazić mnie piórem. Wzruszenie przez chwilę uwięziło słowa w jej gardle. Jej twarz promieniała jak jutrzenka.
- Czarujący twój zachowanek, Broneczko. - Mówił on siadając obok dziewczęcia. - Tu tylko we dwoje pieścić się i gruchać! A ty samiuteńka kryjesz się w tych kwiatach.
- Nie chce mi towarzyszyć ten, który jest mi miły... Bez niego wolę być jedna niż z kimś obojętnym.
- Ten miły jest jakiś głuptas, że takiej ślicznotce nie chce towarzyszyć. Będę z nim dzisiaj rywalizował.
- A to żulik! - Pomyślała Bronka. - Niby on nie rozumie kto mój najmilszy.
Razem teraz siedzieli ukryci przed wzrokiem wszelkim kwiatami i zielonym żywopłotem ze spirei i innych  kwiecistych i pachnących, bujnych krzewów.
Śmiał się do Bronki oczyma i zębami. Lecz pod tą wesołością Bronka zauważyła pogłębione obwódki i twarz jakby mizerniejszą i bledszą. Tkliwie odgarnęła pukle jego włosów opadające na czoło.
- Dlaczego tak przybladłeś i zmizerniałeś?-Pytała słodko.
- Za wiele się kąpię i godzinami pływam.
-Po co szkodzisz sobie?
-Lubię namiętnie morskie kąpiele tak, jak miłe i ładne dzieweczki.
Tak jak przed chwilą ona jemu, teraz on jej z czoła odsunął rozwichrzone włosy.
- Ale i ty zmizerniałaś, kochanie!
Oczywiście nie mylił się. Ona zmizerniała z udręki miłosnej, której on był przyczyną.
- Ja za mało sypiam, a za dużo myślę, tańczę i kąpię się.
- Morze ma tę właściwość, że narazie wysysa człowieka, za to potem wzmacnia i dodaje wagi.

 Dzisiaj Bronka miała upragnione towarzystwo Gajżułłda powetowana za cały ten czas w którym ją tak bezlitośnie zaniedbał. Po podwieczorku, który Bronka przyszykowała z kawy, ciast i malin ze śmietanką - poszli do lasu posłuchać orkiestry. Po skończonej muzyce spacerowali nad morzem. Po przechadzce nadmorskiej Gajżułłd zaprowadził Bronkę do kurhauzu na kolację i trio Hoffmehlera, które grało od godziny 20 do 23. Tam zobaczyli Baronową z Panią Haliną, one przyszły na lody z oranżadą i posłuchać muzyki. Była też Marynia w towarzystwie tego prokuratora wojennego p. Batajtisa, Ady i jej nowego towarzysza, majora Lormana. Gdy Marynia ujrzała Gajżułłda z Bronką, przybrała lodowaty wyraz pogardy i dumy. A pani Benigna dostała gorących potów i kolki w wątrobie.
- Widzisz Halu, on stale z tą Bronką...
- Ma dobry gust - Z nieukrytą złośliwością odpowiedziała pani Halina.
Baronowa tak się oburzyła, że odbiegło od niej zwykłe opanowanie.
- I to ty Halu mówisz z taką zimną krwią - ty! Moja przyjaciółka, powiernica!! Chociaż wiesz, jak ja szaleję za tym mężczyzną, jak się dręczę, jak morduję!...
Pani Halina sama rozgoryczona i kwaśna, miała zadowolenie podobny nastrój widzieć w przyjaciółce.
- Kochana Beniu, czas nam zrozumieć, że my - kobiety mające za sobą pół wieku z czubem, nie możemy rywalizować z wiośnianą młodością. Tak samo, jak nie możemy się łudzić realizacją marzeń, iż mężczyzna, który mógłby najmłodszym być naszym synem, piękny i uwielbiany przez dziesiątki kobiet młodych - może odwzajemnić się w naszych uczuciach.
- On mówił mnie, że woli towarzystwo pań starszych, albowiem inteligentniejsze i ciekawsze, a z młodemi nie ma o czym mówić, takie to puste, banalne i nudne...
- To tylko powiedział przez grzeczność.
Pani Benigna szybko wachlowała się jedwabną chusteczką, nie mogąc ochłodzić poty i stłumić sapanie.
- Mówiłaś przedtem inaczej...
- Teraz, gdy się zastanawiam nad wszystkiem i obserwuję - zmieniłam zdanie poprzednie, bo opieram się na logice...
- Tak! Tak! To jest smutne...To okropne!!...Och! Halu! Halu! Już ja nie żądam jego serca, jego uczuć, tylko pragnę go mieć choć jedną noc...Choć godzinę!...Choć chwilę! On przychodzi na moje wino i kolacyjki, robi do mnie oczy, prawi komplimenta, a nawet nie pocałował dotychczas. Jeżeli ja go nie posiądę choć na moment, dostanę choroby nerwowej...Dostanę obłędu!...Nie wytrzymam! Halu, nie wytrzymam.
-Popróbuj kogo innego wciągnąć w galopadę swoich uczuć.
- Nikt mnie go nie zastąpi, nikt! Gorzeją wszystkie zmysły moje do niego!...
A Gajżułłd ukłonił się szarmancko obu paniom, nawet parę spojrzeń zalotnych im posłał. Bronka zauważyła to z niezadowoleniem i chciała trochę się zemścić.
- Wiesz, ploteczki krążą po całej Połądze, że ty romansujesz z tą starą baronową na którą teraz tak zerkasz. Mnie te plotki przejęły niesmakiem, bo to nisko świadczy o tobie...a ja chcę uważać ciebie za szlachetnego.
- Mój romans z baronową polega na spijaniu jej win starych i jadaniu u niej wyśmienitych  kolacyjek.
- Te wina i kolacyjki mają oczywiście swój epilog...?
- No, naturalnie! Gdy butelkę wysuszymy, a talerze wypróżnimy, wtedy z życzeniami jej dobrej nocy i słodkich snów opuszczam gościnny salonik baronowej i idę sobie na nocny spacer, czy do dancingu, czy na muzykę, albo do młodych i ponętnych pań.
- Czy dla wina i kolacyjki warto narażać się na szarganie opinii?
- Ja nic sobie z wszelkich plotek nie robię. Przeciwnie, mam satysfakcję z tych gawęd, opinia Don Juana mężczyźnie pochlebia. Człowiek lękający się krytyki i obmowy jest niewolnikiem tłumu, a ja chcę być panem własnego życia, swego ja, dlatego gwiżdżę na opinię tłumów, wszystkie języki i plotki.
Gdy Gajżułłd z Bronką opuścili kurhauz, Baronowa z Panią Haliną też wyszły. Pani Benigna chciała koniecznie zobaczyć dokąd on uda się. Szły więc za nimi w pewnej odległości, żeby nie zwrócić na siebie uwagi, a ich nie stracić z oczu. Gajżułłd odprowadził Bronkę do progu jej mieszkania. Gdy podała mu rękę na dobranoc, on tę rękę ujął w obie dłonie.
- Bronko - Zapytał cicho. - Czy ty naprawdę jesteś moim przyjacielem?
- Sercem i duszą, Dżemi!!...
- A dlaczego nie proponujesz mi odpoczynku w twoim mieszkanku po takich długich naszych przechadzkach?
- No, bo...Sam chyba rozumiesz. Już północ...
On obie jej ręce przycisnął do swoich piersi, szepcząc:
- Broneczko, jeżeli sprzyjasz mnie szczerze, to ufaj mi - nie bój się! Ja mam wielkie przeżycia...Ja cierpię!...Jestem umęczony tragedią własną...Szereg nocy to udręka bezsenna moja. A ty mój żal ukoisz!...Ty mój ból uciszysz...Uczuciem swoim i pieszczotą do snu ukołyszesz. J ci krzywdy nie zrobię - przysięgam!!...Dla zadowolnienia chuci mam dziesiątki kobiet do wyboru. Mnie teraz chodzi tylko o ciepło prawdziwej przyjaźni. O bliskość twoją, najdroższa!... Z wszystkich tyś najbliższa i najmilsza dla mnie! Czy mię rozumiesz teraz?
Bronka patrzyła na niego. Patrzyła w te oczy teraz czarne jak schyłkowe niebo jesienne, a migocące jak błędne ogniki. Fala gorąca przeszła całe jej ciało: silne uczucie, pożądliwość pieszczot jego, strach i ciekawość...
- Dobrze...Chodź!... - Rzekła cicho.
Klucz zgrzytnął i znikli oboje za drzwiami.
Baronowa i Pani Halina chyba godzinę defilowały koło Domku Mickiewicza wyczekując, kiedy on wyjdzie i nie doczekały.
- Rozpustnica! Łajdaczka! - Syczała baronowa. - Muszę napisać o tym jej rodzicom.
 Upadła na schodki jednego z domów letniskowych w pobliżu Domku Mickiewicza. Była bliska omdlenia.
Gajżułłd Bronce dotrzymał słowa, "cnoty" nie zabrał, honor i sumienie (a nawet dobroć serca) wstrzymywały go od tego przestępstwa. Zresztą, pieścić i całować jej przepyszne kształty - takie wiośniane, jędrne, pachnące polnymi kwiatami i żywicą (widząc jak pod jego ustami to młode śliczne dziewczę pręży się całe i wije jak wąż w paroksyźmie zmysłów) - dawała mu rozkosz większą jak akcje seksualne z innemi kobietami. Zapomniał przy niej o Maryni i świecie całym, tonąc zmysłami w tych momentach....Nie poczuli jak do pokoju tego zajrzał poranek.
 Bronka tylko teraz zrozumiała to niebezpieczeństwo pieszczot męskich, doprowadzające do utraty woli i przytomności. Mężczyźni zwykle szukają rozkoszy w kobiecie dla siebie wyłącznie. Ale czasami zdarzają się tacy, którzy lubują się w dawaniu kobietom jak największą rozkosz. Tacy najzimniejsze niewiasty potrafią doprowadzić do szału. Właśnie tacy mężczyźni są pogromiciele serc i zdobywcy miłości kobiet. Do tego typu demonów miłości należał Gajżułłd.
 Z tej pamiętnej Bronce nocy nawiązała się przyjaźń ich dwojga. I on teraz pragnął towarzystwa Bronki. Odwiedzał ją codziennie, najczęściej dwa razy na dobę. Chodzili na dalekie przechadzki, do dancingów, kurhauzu. Kajakiem we dwoje pływali po morzu. Czytali razem książki, śpiewali duetem przy hawajskiej gitarze, układali wzajemnie wierszyki jedno do drugiego itd. Harmonizowali do siebie zmysłami i duszą. W tym czasokresie nie było jeszcze w Połądze wspólnych kąpieli nad czym Gajżułłd szczerze ubolewał. Lecz i w tej rzeczy dali sobie radę, aby jak najwięcej czasu spędzać razem. Wybrali odległą plażę koło "Olendu Kepure" (tam gdzie po raz pierwszy dognał na koniu) i z dala od wszelkich oczu kąpali się we dwoje.
 Zauważył, że Bronka interesuje się bardzo i zachwyca jego przeżyciami i komplikacją psychiczną, więc zrobił ją swoją powiernicą, wziąwszy wpierw jej solenne przyrzeczenia zachowania tajemnicy. Godzinami opowiadał jej historie swoich przeżyć, nie ukrywając stron nawet najbardziej intymnych. Ona wyczuwając tę słabość jego do zwierzeń przed nią starała się dogadzać się jak najwięcej tej słabostce, zadając mu różne pytania wchodzące w głąb istoty. Domyślała się, że jego pierwszą miłością była Pita Mill. Gdy jednego wieczoru o zmroku siedzieli na molo przytuleni do siebie, pod jednym okryci płaszczem, Bronka muskając jego krucze pukle szepnęła jak najsłodziej.
- Dżim, opowiedz mi o tej ślicznej Picie Mill.
- A skąd wiesz o Picie Mill?
- Jesteś ciekawym typem, ludzie interesują się tobą, dlatego umieją wygrzebać różne historyjki z twego życia.
Roześmiał się tym swoim takim miłym "cha cha cha" (czasami umiał chichotać po szatańsku przytłumionym, syczącym dźwiękiem).
- Tak. ludzie interesują się szczególnie moją osobą i memi przeżyciami. No, a  mnie to bawi i daję im jak najwięcej tematu.
 Opowiedział o Picie Mill obszernie i często ją wspominali w pogadankach swoich. To była miłość wulkaniczna 15-letniego chłopca. Uważał ją za najcudniejszą istotkę w dziewczęcej postaci. Złotowłosa, modrooka o miniaturowych rysach greckich i różanej buzi. Miłość ta choć wielka ale platoniczna. Tylko czasem popieścili się i pocałowali jak brat z siostrą, to mu dawało tyle szczęścia, upojenia. Pita nieodstępną miała opiekunkę, starą Italiankę (1), Lorenzę. Ona tę dzieweczkę strzegła jak źrenicy oka. Jego uczucia zmysłowe nie były jeszcze rozbudzone i nie czuł do niej seksualnych popędów, wystarczały jej bliskość, jej widok i te serdeczne dziecinne pieszczoty. Gdy ona umarła i on pragnął śmierci. Nie wiedział jaką śmierć wybrać: nie miał palnej broni, żeby się zastrzelić, powiesić się - wisielec ohydnie wygląda, a on z dziecinnych lat był estetą kochającym piękno, utopić się w zimie pod lodem - zbyt męczeńska śmierć. Wystawić się umyślnie pod kule, uważał za nierozsądek i nie chciał zginąć z opinią "kiep". Więc szedł w największe niebezpieczeństwa walk i wywiadów. Wśród ciągłych wrażeń bitwy i przygód przeszła w nim żądza śmierci.  Wreszcie, gdy mimowolnym stał się dezerterem i mieszkał w Gajżułłach, zatopił się w książkach i marzeniach. Dwoiste utworzył sobie życie: realne i w fantazjach myśli.
 Bronkę zastanawiało, dlaczego on tyle mówiąc o Gajżułłach - różnych tam swoich pomysłach, fantazjach i książkach - nie wspominał nigdy ciotkę Filipinę, chyba tylko gdy związany z jej osobą był jakiś temat. Przecież ciocia Fruzia mówiła o takim przywiązaniu jej do niego.
Spytała go raz:
- Czemu nie opowiesz mnie nigdy o ciotce Filipinie? Słyszałam, że kochała cię jak matka?
Wtedy w wyrazistych jego oczach ponury pojawił się cień.
- To ohyda...chcę ją wykreślić zupełnie z moich wspomnień...
Ciekawską Bronkę nie tak łatwo było usunąć od jakiejś tajemnicy, która ją korciła. Raz przy obopólnym spoczynku sennym i pieszczotach, owijając się czule dookoła jego szyi, prosiła z jej właściwą słodyczą i wdziękiem, żeby otworzył przed nią jako wierną przyjaciółką swoje przeżycia z ciocią Filipką. I zwierzył się szczerze...
 Ta kobieta lat koło 50-ciu, najmłodsza siostra jego ojca, wpierw była mu lepszą od matki. I on - chłopak lat wówczas 16-17, oderwany przez front od całej rodziny, przywiązał się też do niej. Te uczucia w charakterze macierzyńskim trwały przeszło dwa lata. A potem zaczęła go prześladować miłością seksualną i coraz agresywniej...Różnemi sztuczkami starzejącej erotyczki dopięła wreszcie swego celu. Widocznie przez instynkt samozachowawczy wobec kazirodztwa, wówczas znienawidził swoją ciotkę.
 Zorganizował "zielone garnizony" nie tylko w chęci walki, przygód i sławy - jeszcze i ten był powód od niezepsutego młodzieńca, żeby rozstać się z wszeteczną ciotką Filipką.
- Więc twój pierwszy debiut płciowy odbył się z ciotką Filipką? (Bronka nie posiadała się z oburzenia) Czy była chociaż ładna?
- Więcej niż ładna, bez przesady można było nazwać ją piękną.
- Dlaczego powziąłeś do niej taką odrazę?
- Bo wtedy miałem lat 18, a ona 48, przytem ciotka rodzona.
- Dobrześ określił to wyrazem "ohyda".
- Najczęściej młodych niewinnych chłopców wprowadzają w sprawy intymne mężatki lub starzejące łajdaczki.
- No i...potem...pojechałeś już chyba tą drogą?...
- Jeszcze nie...Za wielki był wstręt, za wielka odraza po ciotce Filipce. Po tym fakcie każda kobieta budziła we mnie pogardę i obrzydzenie. Zdawało mi się, że wszystkie są takie bezczelne i wyuzdane jak ciotka Filipka. Unikałem spotkań i rozmowy z niemi. Temperament mój wyładowywałem w partyzanckich walkach z Niemcami. Dopiero opinię i wrażenie co do kobiet poprawiło spotkanie z dziewczęciem-aniołem.

 I opowiedział Bronce swoje spotkanie  i romans z Marynią. Odtąd ona była mu jednym z najprzyjemniejszych tematów w pogawędce z Bronką.
 Marynia wydawała się jemu dalszy ciąg Pity. Gdyby Pita żyła, miała tyle samo lat, taka sama złotowłosa z długimi warkoczami i koloru chabrów oczyma, takaż łagodna, cicha o anielskiej słodyczy.
- Dlaczego nie potrafiłeś być jej wiernym?
- Gdy rozłączono mię z Marynią, miałem 20 lat. Rozbudzone były już zmysły gorącą miłością i pierwszym romansem na podłożu silnych uczuć. Jednakże 5 miesięcy byłem jej wiernym choć na odległość. I wtedy spotkałem niepospolitą kobietę - wampira - demonkę szału i rozkoszy.
 Długo musiała go Bronka prosić, żeby opowiedział szczegółowiej o tej niepospolitej kochance. Nie wymienił nazwiska ani imienia, nazywając w skrócie Gerdą. Miała ona włosy jak roztopione w purpurze złoto, oczy tygrysa, ciało Wenus medycejskiej. Amazonka, sportsmenka, dobrze grała na scenie, wykonywała tańce baletowe, ładnie śpiewała, grała na fortepianie, a przede wszystkiem miała szalony temperament. Żadna kobieta nie potrafiła dać jemu tyle rozkoszy co ona.
 Na froncie w 1920 r. była z nim razem we wszelkich walkach, przy boku jego jako ordynans. Razem szabrowali w Wilnie na paskarzach. Na przykład: przebiorą się za zwykłych żołnierzy i sprzedają paskarzom wojskowe rzeczy: broń i mundury. Za jakąś godzinę zjawiał się tam sam w mundurze oficera, dokonywał rewizję, konfiskował i żądał wielkich opłat za paserstwo, które płacili w strachu przed wielką karą. Albo, gdy wyszperali, który Izraelita lub paskarz znany ma zapas mamony w banknotach czy złocie, przebierali się za maruderów i robili napady rabunkowe.
  Przez podstęp Gerdy z tymi fotografiami znienawidził ją. Zerwał ten romans i stał się zawodowym donżuanem: hulał, pił, tańczył, szalał, broił różne awanturki i uwodził dziesiątki kobiet.
- Czemu taki niestały byłeś w stosunku do kobiet? Czemu nie trzymałeś się dłużej jednej kochanki, a zmieniałeś co kilka dni?
- Chcę posiadać każdą ładną kobietę, którą spotkam. Gdy posiądę, staje się dla mnie przeczytaną książką i już nie mam do niej pociągu płciowego, chce się nowej...
- Z jakiej przyczyny taka dziwna w uczuciach twych seksualnych niestałość? To coś chorobliwego!
- Nie wiem czemu taki jestem. Nie mogę trafić na kobietę, która by zainteresowała mię głębiej intelektualizmem swoim i zarazem nie rozczarowała ciałem. W każdej odkrywam jakieś ujemne strony - duchowe lub fizyczne, albo te braki oba razem, to zraża mię seksualnie. Nie mogę spotkać kobietę, którą mógłbym pokochać jak Marynię, ani takiej która dawałaby tyle rozkoszy jak Gerda.
- Czemu zerwałeś z Gerdą, jeżeli ona tobie taka rozkoszna?
- Nie zerwałem ostatecznie. Spotykamy się co jakiś okres czasu, wtedy romansujemy nie dłużej jak kilka godzin.
- Dlaczego taki dziwny ułożyłeś z nią stosunek?
- Bo nienawidzę...
- To czemu zupełnie z nią nie zrywasz?
- Pożądam jej ciała, jej pieszczot...W rozkoszy seksualnej niezastąpiona jest przez żadną inną kobietę. W każdej nowej kochance szukam - czy nie znajdę rozkoszy tej, co w niej. Na próżno!... Rozkosz 25 kobiet oddałbym za jedną Gerdę...
- Nie rozumiem zupełnie takiej komplikacji, żeby nienawidzić i kochać.
- Nienawidzić i kochać nie można, ale może wytworzyć się nienawiść połączona z żądzą.
- A ona - ta Gerda, jak się odnosi do ciebie?
- Szaleje za mną, na kolanach się czołga, stopy całuje...Jest moją sługą, moją niewolnicą, moim psem...Żeby zdobyć choć na godzinę, choć na chwilę moje zmysły, nie cofnęłaby się nawet przed zbrodnią. A gdybym ja się usunął od niej całkiem, toby mię zamordowała.
- A jak ona reaguje na twoje zdrady?
- Skowycze z bólu i udręki, ale mi nie przeszkadza. Wie o tym, gdyby zrobiła mnie jaką hecę, tobym sprał ją do krwi i straciłaby na zawsze te tak pożądane dla niej ze mną chwilki...
- Znowu nie rozumiem ciebie zgoła ani tej Gerdy: pragniesz ją, pożądasz, przyznajesz ją jako najrozkoszniejszą tobie ze wszystkich kobiet, 25 kochanek oddałbyś za nią jedną, a dręczysz tę kobietę i siebie, unikając z nią spotkań, poprzestając jeno na migawkowych chwilkach przez jakiś przeciąg czasu. Nie rozumiem!...
 Roześmiał się cicho, przeciągle, tym szatańskim chichotem.
- Właśnie, takim sposobem opanowałem tę bestię piekielną. Gdybym nie miał silnej woli tak jak większość mężczyzn wobec pożądanej kobiety, to ja byłbym jej niewolnikiem, a ona tryumfatorką i sadystką. My mężczyźni jesteśmy panami ziemi i królami przyrody, filozofowie życia i mędrcami nauk, wojownicy i obrońcy ojczyzny. A wy kobiety z mózgownicą o 10 procent słabiej rozwiniętą od mózgu mężczyzny, królujecie nad nami, robicie z nas swoje ofiary i niewolników, sługami najgłupszych kaprysów, zachcianek i wykonawców nieraz absurdów waszych. Tym kobiecym narzędziem zwycięskim, waszą imperialną dyktaturą nad nami, to są nasze zmysły. Wskazują to nawet legendy biblijne: Ewa zmusiła Adama do skosztowania owocu z drzewa zakazanego, Dalila obcięła włosy niezwyciężonego Samsona, Judyta zabiła Holofernesa w jego paroksyźmie namiętności. A Goethe tak świetnie odcharakteryzował w "Fauście" zwycięstwo szatana nad mędrcem przez prostytutkę. Ja pod tym względem staram się być wyjątkiem: nie dałem się i nie dam ujarzmić żadnej kobiecie. Wolę być tyranem niż niewolnikiem. Tyran kobiecie imponuje, a gdy imponuje, to kocha go; a mężczyzna - niewolnik wzbudza w kobiecie pogardę i politowanie.
- Ja bym nigdy nie kochała mężczyznę, który w stosunku do mnie byłby tyranem.
- A niewolnika jeszcze mniej...
- Mężczyzna nie powinien być niewolnikiem ani tyranem.
- Względem takich kobiet jak ty czy Marynia, mężczyzna powinien być subtelny, żeby harmonizować z subtelnością swoich wybranek; lecz kobiety gruboskórne cenią i kochają tylko despotów i tyranów, a przede wszystkiem tyran-despota jest ideałem kobiet-demonek lub zepsutych uwielbieniem i adoracją.
Raz - słuchając jego zwierzeń z lubieżnych przeżyć Bronka powiedziała: Jednakże tyś łajdak.
- Mylisz się. Ja nie jestem łajdakiem, tylko prawdziwym mężczyzną. Wedle wskazówek ginekologicznych zdrowy z normalnym temperamentem i żywotny mężczyzna powinien dla oczyszczenia organizmu mieć dwa razy w tygodniu stosunek seksualny. I ja tej normy nie przekraczam, chyba tylko w niespodziewanie ponętnych okazjach...Mężczyźni żonaci tak często nie zadowalniają się żoną, chodzą do publicznych domów i ulicznych dziwek. Ja do publicznych domów nie uczęszczam wcale. Raz tylko z kolegami byłem przez ciekawość. Unikam prostytutek, brzydzę się wszelkich kobiet sprzedajnych lub przechodzące z rąk jednych mężczyzn do drugich. Ale kobiety nadzwyczajnie lgną do mnie. Bardzo czują się pokrzywdzone jeżeli którąś zakochaną zbędę zimną obojętnością. Każda z was woli ze mną romans choćby zakończony zdradą, niż obojętność.

 W tej tak bliskiej przyjaźni oraz uwielbieniu dla Gajżułłda Bronka jednakże stała silnie na straży "wianeczka dziewiczego". On musiał na honor własny jej przysiąc, że tego "wianeczka" nie zabierze. Pomna była przestrogi matczynej i jego własnej, jakie ważne znaczenie w życiu małżeńskim ma ta "cnota panieńska".   Przytem i ambicja panny z pokoleniowej inteligencji grała tu wielką rolę. Nie chciała być jedną z tych wielu, któremi ten Don Juan zadowalniał swoje potrzeby zmysłowe, a potem je rzucał z szyderskim śmiechem.   Wyobrażała sobie jaki to byłby dla niej cios - wstyd, upokorzenie, gdyby on po złamaniu "prawictwa" puścił ją kantem jak pierwszą lepszą dziewuchę z bruku. Na samą myśl o tym gorący rumieniec zalewał jej twarz...Niech ją całuje, niech pieści jak chce, całe jej ciało, lecz do "wianeczka" wara i jemu, chociaż tak pożądany, najmilszy, kochany! Ale on był tu więcej stroną opanowaną. Ona tajała jak wosk w ogniu w tych płomiennych jego pieszczotach, traciła przytomność, była jak odurzona opiumem, jak pijana alkoholem i w tych momentach była całkiem bezbronna, bezsilna, zdana  jedynie na łaskę jego  szlachetności i mógłby w takich chwilach zrobić z nią co by chciał. Jednak hamował się nieraz całą siłą woli, miał dla niej szczerą, serdeczną przyjaźń, nie chciał zawieść jej ufności podłością, oddać za silne uczucia i przyjazne gorące serce.  Przed pójściem do niej najczęściej wyładowywał się u którejś z tych trzech kobiet: sędziny Ludmiły, Racheli Tajcz lub Melanii Daugnorowej, żeby u nich zaspokoić chuć, a z Bronką zadowalniać się tylko pieszczotami i przyjacielską biesiadą. Tamte kobiety nazywał w duchu "przeczyszczającą krew miksturą" albo "tłustym obiadem zmysłów", a Bronka była "słodki deser", "winko najprzedniejsze", "pokarm duszy i serca". Gdy kiedyś zrobiła mu uwagę zazdrości, odpowiedział:
- Tobie jest górna część mojej struktury: głowa, ramiona i serce, a dla nich część moja dolna, która potrzebuje skrobanki regulującej.

wtorek, 23 października 2012

Rozdział XV Na plaży

 Na małej mieliźnie otulona w białe muśliny stała Marynia. Wspaniałe, rozpuszczone włosy złoto popielate lśniły w blaskach słońca zapadającego nad morską tonią. Pozowała do obrazu. Turwidas stał przy rozstawionych sztalugach i malował w skupieniu. Nie był już tym dziwacznym abnegatem. Miał nową jasną koszulę jedwabną z kołnierzem Słowackiego, spodnie perłowe (blado-szare), jedwabne skarpetki w kratki i płócienne trzewiki białe. Szeroki pas brązowy uwydatniał wysoką, zgrabną i muskularną kibić młodzieńczą.


Bałtyk, lipiec 2015


 Cisza była dokoła. Pogodne lazury nieba przeglądały się w lustrzanej powierzchni morza. Fale srebrzysto-kryształowe z cichym kolebały się szmerem pod pieszczotą wiaterku. W dali bielały żagle rybackich łodzi.     Na widnokręgu ukazał się okręt i mknął szybko pod kłębami dymu. Jakaś łódź zbliżała się do brzegu, ciemniały w niej sylwetki i niósł się chóralny śpiew.
 Turwidas upojony pięknem przyrody i zachwycony cudnym modelem był jak w ekstazie. Śliczne oczy jego promieniały jak gwiazdy, twarz kwitła rumieńcami, włosy burzyły się nad czołem jeszcze więcej niż zwykle i w licznych, bezładnych puklach spadały na skronie, boki twarzy i obnażoną szyję, mieniąc się w słońcu brązem i miedzią. Był podobny teraz do zjawiska z bajki. Pracował bez odpoczynku.
- Panie Franciszku, już dosyć na dzisiaj...Ja się zmęczyłam.
- Panno Mario, jeszcze jedna chwileczka i szkic będzie gotów, a od jutra przystąpimy do robienia oryginału.
Odgarną wichr grzywy z czoła, otarł chhusteczką krople potu i malował dalej.
 Tymczasem łódź z rozśpiewanym towarzystwem zbliżała się coraz więcej. Teraz wyraźnie było widać trzech wojskowych i cztery jaskrawo ubrane panie.
 Marynia przypatrywała się chwilę uważnie, przysłaniając oczy dłonią od słońca. Nagle przybladła...Poprawiła szybko swoje muśliny i obróciła się w drugą stronę. Malarz obejrzał się też na łódkę, śpiewające towarzystwo oderwało na chwilę jego myśl od obrazu.
- Oho! Mój kuzynek ze swymi kolegami ostro asystują Amerykankom-lądu już im za mało.
Szkic już był na wykończeniu. Łódka zatrzymała się koło mielizny, gdzie do obrazu pozowała Marynia. Dwóch tęgich rybaków zaniosło damy do brzegu, a oficerowie przebrnęli w swoich długich kawaleryjskich butach. Amerykanki przyglądały się ciekawie  malarzowi i pozującej mu do obrazu dziewczynie.
- Czy poznajecie koledzy? - Zawołał Dżuigiras. - To jedna z tych ładnych panienek, które widzieliśmy w kawiarni "Sypsena" kilka dni temu. Prostka patrzył z zachwytem na Marynię, przypominającą jakąś wizję obłoczną.
- Szelma Pranas ma gust! - Szepnął kręcąc wąsika dłużej niż zwykle.
Gajżułłd obserwował ją spod chmurnie ściągniętych brwi i milczał ćmiąc papierosa. Szczupła, wysoka Argentynka o rudo-złotawych włosach i w złotym pince-nez wykrzywiła się złośliwie i przysunęła do oczu binokle, nastawując impertynencko w stronę Maryni.
- Tak, niebrzydko - Rzekła. - Temu pięknemu malarzowi jest widocznie modelem do obrazów i... pokarmem dla serca.
- A ten malarz - co za śliczny chłopiec!! Jakieś bajeczne oczy! Co za włosy! A cera jak rozkwiłty pąk róży! I taki młodziutki, świeży!...Zachwycały się jej towarzyszki.
Gajżułłd zwrócił się do tej pierwszej. Rumieniec gniewu miał na twarzy, oczy ciskały gromy.
- Panno Akwelino! - Rzekł. - Mniej złośliwości wobec młodych panien! Bo taka złośliwość zdradza staropanieństwo.
 Akwelina popatrzyła na niego jadowicie i myślała nad odpowiedzią, zanim ją znalazła, Gajżułłda już przy niej nie było. Podszedł do Turwida i stanął obok. Przyglądał się chwilę szkicowi, gdzie postać Maryni widział jak żywą. Przedstawiała geniusz w postaci białoskrzydłego anioła w tęczowej szacie. Stała na samotnej skale osnutej obłokami, w blaskach zachodniej zorzy. Trzymała wieniec laurowy i wzywała młodzieńca płynącego do niej po wzburzonym morzu. Młodzian ten miał śliczne i uduchowione rysy Turwida. Oczy tęskno wzniesione ku skrzydlatemu geniuszowi. Pchnął wątłą łódź swoją po groźnych falach, omdlałym ramieniem dźwigając wiosła toczył rozpaczliwą walkę z morskimi bałwanami. Nadzieja mocna dobicia do szczytu geniusza dodaje mu odwagi, męstwa i siły.
- Ma jednakże niemały talent - Pomyślał Włodzimierz ulegając mimowoli zachwytowi nad pięknością tego utworu malarskiego. - Jeżeli pójdzie tą drogą wytrwale, może być sławnym i to w niedalekiej przyszłości.
Od obrazu pobiegł wzrokiem do Maryni, która stała teraz z gorączkowemi wypiekami i spuszczonemi oczyma.
 Zazdrość bolesna, wściekła szarpnęła jego istotę. Ledwo się pohamował od nieprzepartej chęci rozbicia tego wspaniałego dzieła sztuki.

- A Pan czego tu przyszłeś? - Zapytał artysta opryskliwie. - Przeszkadzasz mnie w robocie.
Silna dłoń oficera oplotła kiść ręki malarza jak żelazną okową.
- Chodź... Mam kilka słów.
Pranas drgnął pod dźwiękiem tego przyciszonego głosu. Szedł posłusznie. Stanęli w wydmie za wysokim pagórkiem.
- Panie Pranas, słuchaj co ci powiem: ty się kochasz w pannie Stargwiłłównie. Ale pamiętaj - biada wam obojgu jeżeli jej serce zdobędziesz!!...
Puścił dłoń Turwida i odszedł prędko jak złowieszcze widziadło.
Pranas stał chwilę nieruchomo. Potem zacisnął pięść i pogroził w stronę gdzie zniknął huzar.
- Judasz!...Gad!...Diabeł!...
 Pławi się w rozpuście i plugawą ręką swoją śmie targać cudną idyllę naszą. Myśli, że ja się zlęknę bezczelnych jego pogróżek! Nie! Nigdy!! Nie ustąpię mu szczęścia mego. Niech Ona sama wybiera z nas dwóch.
 Poszedł do swoich sztalug. Maryni już nie znalazł. Domyślił się, że poszła do wydm, gdzie zostawiła swoje ubranie. Lecz zauważył, że nie było też Gajżułłda i serce jego załopotało bolesnym niepokojem. Drżącą rękę poprawiał pędzlem obraz, a wzrok jego biegał niespokojnie dokoła.
 Nieopodal niego rozsiadło się towarzystwo Amerykanek- wesołe, hałaśliwe.
 Gdy Turwidas z Gajżułłdem odeszli, Marynia opuściła mieliznę na której pozowała i wolno podążała do wydm gdzie zostawiła ubranie. Gajżułłd tymczasem wyszedł zza pagórka, gdzie groził malarzowi i zobaczył ją. Nie namyślając się zawrócił raptem ku niej i zbliżał się szybko. Ona to widząc przyspieszyła kroku z bijącym gwałtownie sercem.
 Już znalazła się w swojej wydmie za wysokim pagórkiem porosłym trzciną morską. Pochyliła się nad ubraniem otrzepując je z piasku. Wtem stanął przed nią Gajżułłd. Zobaczył rozrzucone na piasku ubranie i domyślił się, że tylko trykot i białe muśliny otulają jej ciało. Świadomość, że ukochana dziewczyna, którą dotychczas wyróżniał ze wszystkich kobiet i czcił jak świętość - w takim skandalicznym stroju pozowała pięknemu artyście w dalekim i odludnym miejscu - wywołała w nim wściekłość, żal, ból i zazdrość. Słowa Amerykanki: "modelem do obrazu i pokarmem dla serca" ponurym w jego duszy zadzwoniły echem.

 Gęste, sinawe brwi załamały się ściągając w groźną bruzdę, a ciemne zielono-stalowe źrenice zrobiły się czarne ja noc i zamigotały czerwonymi płomykami jak łuna na schyłkowym niebie jesiennym. W wyrazie jego twarzy było w tej chwili tak coś złowrogiego, że Marynia zadrżała z przerażenia całym ciałem i stała blada jak opłatek, przyciskając szczelnie do siebie muśliny rozwiane trochę przed chwilą.
- Czy jesteś naga pod temi muślinami? - Zapytał syczącym głosem.
Fala krwi zalała twarz jej i szyję. Drgały usta i nozdrza.
- Bezczelny!! Precz mi z oczu!...
- Tyś bezczelna!...
 I silnym szarpnięciem dłonią zerwał muśliny i trykot, obnażając jej ciało. Marynia krzyknęła, okrywając się płaszczem włosów, zasłaniającym ją do kolan i z płomieniem w oczach wymierzyła mu silny policzek.
 Twarz oficera zrobiła się szara. Rozchyliły się szkarłatne wargi i błysnęły straszliwie olśniewająco białe, drapieżne zęby. Porwał obie jej ręce, skrzyżował na plecach i rzucił ją na ziemię, przyklękając nad nią. Gniótł ją i ściskał konwulsyjnie. Po twarzy jego przebiegały drgawki, a z piersi świszczący wychodził oddech. Ona skamieniała, niema patrzyła nieruchomo zastygłemi źrenicami w jego rozszalałe oczy.
- Włodzimierzu - Wydarł się wreszcie ze zbielałych warg szept głuchy. - Zabij mię...jeśli chcesz...zbeszcześcić...
- Ty kochasz...Turwida?!
- Nie!...Nie...
- Ale...romansujesz?!
- Nie!...
- Możesz przysiąc, że nic...między wami??
- Przysięgam na... duszę mojej matki!!..
 Teraz drgnęły skrucha i wstyd w tej dzikiej duszy. Pierzchły wściekłość i zazdrość. Jeszcze pochłaniał ją wzrokiem. Miał w swoich ramionach tę najdroższą: nagą, cudną, bezbronną. Miał przy swoim łonie tę - niezapomnianą, upragnioną... Szalona żądza przyciskać spalone usta do niej - całować i tulić bez końca, piekła go ogniem. Całą siłą woli opanowywał ten szał uczuć i zmysłów.
 Zrobiło mu się nagle słabo. Oczy zaszły mgłą. Jakiś go tuman otoczył różowy i nic przez moment nie widział prócz tych śnieżno-białych kształtów drżących w jego ramionach. Serce zdawało się wyskakiwać mu z piersi od nadmiernego bicia. Żarem gorzały wszystkie jego zmysły i dreszcz trząsł febryczny.
 Znów szept cichy:
- Miry!... Błagam!...Puść mię!...
 Łzy wielkie i czyste jak perły zasłoniły chabrowe oczęta i zaczęły spływać jedne za drugą po zbladłych jak kreda policzkach. Ocknął się...Czuł upokorzenie...Wstyd aż do bólu...Wstręt do siebie.
- Marynieczko- Wyszeptał. - Przebacz. Miłość chwilami doprowadza mię do obłędu.
 Ucałował obie jej ręce i stopy. Zerwał się i zniknął za pagórkiem wydmy. Wracał do swego towarzystwa. Szedł jak pijany, blady, drżący febrycznie. Znalazł wszystkich stojących przed obrazem Turwida. Amerykanki zachwycały się przesadnie, nie szczędząc młodemu artyście komplimentów i czułych spojrzeń.
Gdy Gajżułłd zbliżył się do nich, Akwelina - której uwadze nie uszło widoczne jego poruszenie - zapytała ze złośliwym uśmiechem, skrywając tym swoje rozdrażnienie: co Pan rotmistrz tak długo porabiał w wydmach? Czy nie rywalizujesz Pan z malarzem? Widziałam jak zniknąłeś za jego modelem.
 On zmierzył ją szydersko.
- Innym razem, gdy za niezbędną potrzebą będę zmuszony oddalić się od towarzystwa, niech Pani mnie asystuje, żeby nie rozstrajać sobie nerwów podejrzeniami. Tylko podczas tej asystencji proszę zdjąć pince-nez, inaczej narazisz się Pani na nieestetyczny widok.
 Argentynka roześmiała się swobodnie, zadowolona że podejrzenie jej było mylne. Uderzyła do po karku, mówiąc z czułym wejrzeniem:
- Ah, tu velniukas! (Ach, ty diablę!)

 Druga Amerykanka biało-różowolica i miedzianowłosa, ze śmieszną szyją i powabnemi kształtami, nie spuszczała z niego dużych i łagodnych oczu jasnoniebieskich, uśmiechając się tkliwie koralowemi ustami. Potem podeszła do niego i biorąc pod ramię szepnęła:
- Chodźmy, mam sekret...
Odprowadziła do kilkanaście kroków od towarzystwa.
- Włodzimierzu - Szeptała. - Mano sirdis nezami (moje serce niespokojne)... Ja ciebie tak pokochałam!... Tyś pierwszy mężczyzna dla którego stałam się wiarołomną żoną... A tyś może inną kobietą zajęty? Może wtedy...skłamałeś?...
- Co ja skłamałem?
- Że mnie kochasz...
- Chacha! O miłości i mowy między nami nie było. Czemu mnie czynisz zarzuty kłamstwa?
Wpatrywał się w nią przymrużonemi drwiąco oczyma.
 Amerykanka przesunęła drżącą dłonią po swych bujnych, jedwabistych włosach. W oczach jej błyszczały łzy.
- Mówiłeś: "ja pragnę ciebie"...
 Zaśmiał się z cicha, cynicznie. Rad był, że jest istota którą podręczyć może dla ulgi własnej udręki.
- Pragnąć jeszcze nie jest kochaniem. Lubię ciebie, jesteś serdeczna i miła, a twoje powabne ciałko otulone w jaskrawe jedwabie, śliczne usta i ząbki i włosy drażnią moje zmysły. Ta noc nasza... dała mi rozkosz. I zanim jestem w Połądze mogę twemu sercu służyć dopóki chcesz...
- Ja pragnę żeby nasz stosunek łączyła przyjaźń i miłość. Ty przecież pierwszy mój kochanek. Byłam zawsze (tu głos jej stał się szeptem) tak wierną mojemu mężowi...
- Miła moja Melu, nie bądźże dziecinną! Przy twojej piękności i wdziękach jest fenomenem zdradzić męża dopiero po 10-ciu latach (jeżeli nie fantazjujesz?), bo trudno przypuszczać, żebyś w Czikago nie miała okazji.
- Takiego jak ty nie spotkałam. Kochałam mego męża, on był rozumny i dobry.
Spod jej spuszczonych, długich rzęs potoczyły się dwie łzy i niespodzianie zaczęła chlipać.
Gajżułłd ściągnął brwi, a twarz jego smagło-bladą okrasił rumieniec gniewu.
- Melu - Mówił przez zaciśnięte zęby, gniotąc jej rękę. - proszę cię, tylko bez łzawych scen! Bo uciekam w tej chwili i nie zobaczysz mię więcej. Ja szukam w kobiecie pociechy, zapomnienia, a ty chcesz mię poić nową goryczą...burzysz moje nerwy, które dosyć stargane przez głupie życie...
- Boli mię niewymownie, że byłam tobie tylko upojeniem zmysłów. Ja pragnę twego serca, przywiązania... Ja pragnę twej miłości!...
 Znowu ten cyniczny śmiech przytłumiony.
- Melu, przecież nie jesteś osiemnastoletnim dziewczęciem, żebyś bawiła się w sentymentalność. Podobamy się wzajemnie i możemy sobie dogadzać na ile czujemy potrzebę. Masz - jak powiadasz - dobrego męża, który za dwa miesiące przyjedzie z Ameryki z prezentem w ładnym kapitale. Masz dwie nadobne córeczki. Dla nich - dla rodziny swojej zachowaj miłość! Ja nie chcę kraść twego serca, które należy się twoim dzieciom i panu Daugnorze. Więc będziemy zakochaną pareczką sezonową zanim wyjadę do Kowna. Potem pozostaniemy tylko jako dobrzy znajomi i kwita!
Pani Melania z trudem powstrzymywała chlipanie. Łzy gwałtem cisnęły się jej do oczu. Co chwilę gorączkowo poprawiała włosy i ocierała nos chusteczką. Milczeli kilka minut oboje stojąc tuż przy morzu. On zapalił papierosa i patrzył posępnie przed siebie w dal seladynową. Wreszcie Daugnorowa spojrzała przez łzy na jego twarz. Delikatnie oparła dłoń na ramieniu jego.
- Ciebie coś gnębi - Rzekła tkliwie.
Usta jego drgnęły i zacisnęły się kurczowo, a oczy zwęziły się boleśnie. Milczał nie odrywając wzroku od morza.
- Naprawdę, co ci jest Włodeczku? Powiedz!
Milczał jeszcze chwilę. Potem wstrząsnął głową jak młody koń grzywą i zwrócił się do Meli. Pieścił ją teraz ognistemi swojemi oczyma. Wziął obie jej ręce.
- Czy mię żałujesz Melu, gdy jestem smutny?
Na biało-różowej jej twarzy rozlała się iście macierzyńska tkliwość.
- Bardzo żałuję! - Głos jej brzmiał tak poczciwie i szczerze.
Oparł jej ręce na swoich piersiach, przycisnął je jedną dłonią, a drugą głaskał powoli, delikatnie od kiści do ramienia.
- Ja przecież taki niedobry...bez serca...burzyciel pokoju...- mówił cicho.
- Kocham cię wszystko jedno, choćbyś nawet był złoczyńcą.
- Dobra i miła istota z ciebie, Melu. Chyba i ja nie zapomnę cię długo.
Podniósł do ust jej ręce i przycisnął przeciągle gorące jak pieczęć wargi.
Pani Melania ledwo się pohamowała, żeby nie zawiesić się na jego szyi i całować te rozpalone usta. - Niech on ją nie kocha...Niech ją zdradza! Niech rzuci! Byleby jeszcze choć kilkanaście, choć kilka dni był jej kochankiem.
Pieścił jej ręce. Na twarz jego znów powracała chmura. Zapalił papierosa. Po chwili milczenia Pani Melania zapytała:
- A co zrobisz z Akweliną? Czy ożenisz się z nią?
- A niech Pan Bóg broni!!..
- To bogata panna, chyba najbogatsza ze wszystkich panien w Litwie. Ma może 10000 dolarów w gotówce, drogocenną biżuterię i trzy domy w Buenos Aires.
- Jestem syty i ubrany bez jej dolarów. Ożenię się wtedy, gdy się dobrze wyburzę. A ta reakcja nastąpi chyba za 20 lat dopiero.
Spojrzał na Melę i uśmiechnął się demonicznie.
Ona westchnęła.
- Biedna Akwelina! Ona tak się zapędziła w tobie.
- Szał sezonowy krótkotrwały, a dla uchodzącej młodości to zdrowo- najlepszy eliksir życia. Cha cha cha!
Pierzchnęła chmura z jego nastroju. Zagrała w nim jakaś krotochwilna wesołość. Szli obok ramię przy ramieniu.
Zastąpiła im drogę Akwelina.
- Coś zanadto flirtujesz, Melu! - Rzekła tonem żartu, lecz w liliowo-niebieskich jej oczach, z których zdjęła pince -nez miotał się gniew, poszerzając krótkowzroczne źrenice i tak nienormalnie duże. - Chyba zapominasz, ze masz męża?
Daugnorowa zarumieniła się, zażenowanie swoje zamaskowała śmiechem brzmiącym nienaturalnie.
- Cóż dziwnego, od trzech miesięcy jestem słomianą wdową.
Akwelina wypukliła wargi złośliwie.
-Czy uważasz, iż to zadługi post dla twego temperamentu?
- Przecież my jako Amerykanki postów nie przyznajemy. Mój mąż w Czikago zapewne życia świętoszka też nie prowadzi. Co do mnie jestem przede wszystkim swacią, a swatowie mają specjalne przywileje...

Niska, ognista brunetka w czerwonej woalowej sukni stała obok Prostki i z uśmiechem przyglądała się dwom damom przylepionym do ramion Gajżułłda.
- Jak myślisz Panie Karolu, czy ta dwójka nie pobije się o Gajżułłda?
Kapitan z łobuzerską miną podkręcił wąsika.
- Czy ja wiem? Przecież w Ameryce bokserski pojedynek przyjęty i wśród kobiet.
- A jakże! Ja gdybym miała rywalkę zaraz wyzwałabym na boksy. A po zwycięstwie wrzuciłabym w fale Bałtyku, niechby popłynęła na ucztę morskim potworom.
- Jak uważam Pani Domicela jest niebezpieczną osóbką pod każdym względem.
- A tak, kochany Kapitanie! Moje uczucia nie mają granic, tak w miłości jak i w nienawiści. Bieda i tobie, jeżeli mię zdradzisz!...
- W tym wypadku zemsta Pani byłaby niesłuszną. Przecież zawczasu...uprzedziłem o mojej niestałości.
- Ja też nie należę do stałych w uczuciach. Dowodem tego, że tylko półtora roku żyłam z mężem pierwszym, a rok z drugim, zaś od trzeciego - po sześciu miesiącach uciekłam aż tu, do Litwy. Ja kocham krótko, ale za to gorąco...A mężczyzna ma prawo tylko wtedy mi się sprzeniewierzyć, gdy usunę go ze swego serca.
- A czy pani się zgadza, żebym ja swoją kandydaturę postawił na czwartego małżonka? Tylko z tym warunkiem, że termin rozwodowy nastąpi w dniu zakończenia mojego urlopu.
Pani Domicela uczuła urazę.
- Czyż po dwóch tygodniach Pan będzie już sytym moją miłością?!
- Czy będę ja "syty" czy "głodny" tej kwestii nie poruszymy. Pani wyraźnie mnie objaśniła, że czasokres małżeński w każdej następującej jego kolekcji - o wielki procent Pani skraca. Więc ta czwarta kolekcja, którą będzie stanowiła moja osoba, powinna mieć termin najkrótszy od trzech poprzednich. Czy zgoda Pani Domicelo?
Pani Domicela zaśmiała się z widocznym przymusem, pobłyskując dwoma rzędami białych drobnych ząbków.
- Taka ugoda powinna mnie przynieść dobry upominek...
-Owszem, Pani Domicelo! Ja hojny jestem w zostawianiu upominków, ale...tylko żywych...
Pani Domicela wydęła zmysłowe, ładne usteczka.
- Ja nic żywego mieć nie lubię z wyjątkiem chłopaka z czarnym wąsikiem.
Kapitan roześmiał się wesoło.
- Brawo, Pani Domicelo! Teraz na serio zaczynam kochać się w Pani. Daj ucałować rączkę.
Mała Amerykanka zrobiła dziecinny grymas.
- "Rączka"? Fi! Co za przyjemność! Od tego rodzaju czułości my w Ameryce odwykłyśmy zupełnie.
prostka przysunął się do niej, zaglądając z uśmiechem zalotnym w oczy.
- A jak....?
Nie odsuwając się od niego pokazała palcem na usta.
- Tu...Ale gdy nikt nie widzi...
- Doskonale! Więc ugoda zawarta!
- Tak, niby...
Ubawiony kapitan podniósł ją trzy razy w górę aż ponad swoją głowę.

Siostrzenica Melanii panna Regina, Dżuigiras i Turwidas siedzieli razem w półleżących pozach. Młodziutka Amerykanka prosiła malarza o zrobienie jej portretu.
- Najlepszy portret Panny Reginy to moje oczy. - Mówił porucznik ułanów. - Żaden artysta nie potrafi ująć tego czaruna płótnie, a moje oczy pędzlem zachwytu malują każdy rys twój!
I jasną, wichrowatą głową ocierał się jak kot o jej ramiona (preludia czułości Litwinów). Regina uśmiechnęła się z lekka, wydymając dolną wargę na znak, że komplement nie robi na niej żadnego wrażenia, uważając to za należność sobie. Za to owe kocie umizgi ładnego oficera działały silniej. Gorący rumieniec powlekł jej twarz i tak wiśniowo-różową. On prosił:
-Panele Regite (Panno Reginko), przejdźmy się trochę. Mnie już kości zaczynają drętwieć od tak długiego siedzenia: trzy godziny przesiedzieliśmy w łódce i już godzinę chyba siedzimy tu na plaży. Pójdźmy drogą między wydmami. Wyjdziemy do ładnego lasu. Tam dużo malin i sinic (1).
- Maliny i sinice - świetnie!! Idziemy!...
Poszli trzymając się za ręce jak sympatyzujące z sobą dzieci. Gdy znaleźli się pośród wydm, Dżuigiras obejrzał się dokoła czy kto nie widzi, pochwycił w silne objęcia Regitkę i gorąco ją pocałował. Gdy chciał powtórzyć ten pocałunek, przegięła się wstecz odgradzając się od niego rękami na całą ich długość.
- Dlaczego mnie całujesz?
- Bo kocham ciebie.
- Czy naprawdę kochasz mię, Witoldzie?
- Kocham cię, kocham Regite "kaip dangaus saulute" (jak z nieba słonko)!
- Jeżeli prawdę mówisz, że mnie kochasz i chcesz całować, to musisz ze mną ożenić się.
- Dobrze, dobrze, najdroższa! Bierzmy ślub choć jutro.
-Ja mówię zupełnie serio, bez żartów...Nie chcę całować się z mężczyzną, który nie będzie moim mężem.
- No tak, no tak! Od tej chwili jesteśmy narzeczeni.
- Czy naprawdę?
- Naprawdę! Naprawdę!
- Więc dzisiejszego wieczoru pójdziesz ze mną do naszego domu i oświadczysz się rodzicom o moją rękę. Czy zgadzasz się?
- Dobrze, zgadzam się, jak ty chcesz. - Szybkim ruchem obezwładnił jej ręce, przycisnął ją znowu do siebie i pokrywał całą twarz pocałunkami. Regina nie oddając pieszczoty stała w jego ramionach nieruchomo, przyjmując te pocałunki ze zmrużonemi oczami.
- Już dosyć...Nieprzystoi tak długo się całować skoro nie jesteśmy jeszcze po ślubie ani po zaręczynach...Idźmy na maliny.
- Nie ma tu malin w pobliżu. Chciałem być sam na sam z tobą i skłamałem co do tych malin. "Tu mano gelele brangijoi" (2).
Nie dał jej się uwolnić ze swoich objęć przyciskając do siebie coraz namiętniej. Nawet ukazanie się Maryni jego ognistej nie przerwało pieszczoty. W podnieceniu swoim nie zauważyli ją narazie. Ona tuż mimo nich przeszła w swoim białym, płóciennym kostiumie i ze splecionymi w dwa warkocze włosami. Stanęła na pagórku pod którym oni siedzieli wysoka i smukła jak biała statua. Chwilę spoglądała na towarzystwo rozłożone przy sztalugach malarza. Pochwyciła spojrzenie Turwida i skinęła nań ręką. Artysta zerwał się z piasku i zwijał szybko sztalugi.
- Nie odchodź Pan - Rzekła Domicela. - Zostań z nami, potem pójdziemy do nas wszyscy na kolację.
- Pranas w milczeniu zwijał dalej sztalugi.
- May zaprosimy tu tę pannę, dobrze Panie Pranas? - Odezwała się Melania.
- Daj pokój! - Mruknęła Akwelina. - Po co nam tu nieznajoma panna.
- Będzie towarzystwo dla Reginy - Odpowiedziała Daugnorowa, która wyczuwała w Maryni "pannę błękitnej krwi" i chciała wciągnąć do swego kółka - przez ciekawość poznania typu z ziemiańskiej sfery. Zaczęła machać ręką, wołając: "Panele", prosimy do nas!
Marynia nie raczyła ani gestem odpowiedzieć, znikła natychmiast z pagórka.
- Jakaś dzika dziewczyna - Rzuciła Akwelina, która szczególną antypatię powzięła do Maryni.
- Niech Pan ją namówi do nas i razem przyjdziecie - Zachęcała Pani Melania.
- Ani myślę!...
- Dlaczego? - Spytała Domicela.
- Takie towarzystwo to nie dla panny Stargwiłłówny. - Odparł z flegmą, zakładając sztalugi na plecy.
- Czy tak wysoko podniosłeś Pan swój piękny modelek? - Zadrwiła Akwelina.
- Bez porównania stoi ona wyżej od ciebie, małpo malowana.
Odszedł, sucho rzuciwszy "sudiewu".
- To nie artysta, lecz pastuch albo wariat! - Donośnie rzuciła za nim Akwelina.
- Cho cho cho! - Roześmiał się malarz i zniknął wkrótce za wydmami.

----------------------------------------------------------------------
(1) Tak na Litwie nazywają czarne borówki.
(2) Ty mój kwiatuszku drogi